poniedziałek, 13 czerwca 2016

Reaktywacja, nowe plany, nowe wojaże

G'day, mates!

Jak obiecałam - powracam. Po takim kawale nieodzywania się stwierdziłam, że nadeszła idealna pora na reaktywację bloga. Idealna, bo oczywiście po maturze wywiało mnie z kraju. Dokąd?

Henley-on-Thames to miasteczko z 10 500 mieszkańców w Oxfordshire w Anglii. Dostałam pracę barmanki. Skąd taki pomysł na życie?

Pozwólcie, że w tym momencie przekopiuję swój status fejsbukowy sprzed tygodnia:



"Cześć, ludziki. Niektórzy z was wiedzą o moich szalonych planach i studiach w Azji, które niestety kosztują, więc postanowiłam na parę miesięcy pojechać do UK trochę na nie zarobić (+ oczywiście pozwiedzać  ).
Znalazłam pracę w Henley nad Tamizą. Niezłe zadupie, bo tylko 10 500 mieszkańców, ale całkiem niedaleko od Londynu. Praca na barze, mieszkanie za darmo, jedzenie w pracy za darmo, spoko stawka, generalnie myślałam, że uda mi się sporo odłożyć na dalszą naukę. Kupiłam bilet lotniczy do Luton (ceny do Heathrow zwaliły mnie z nóg), obczaiłam w necie dojazd pociągiem - 33 funciaki z Luton do Henley, okej, jest spoko. Przyszedł wyczekiwany 4 czerwca, no to pojechała do Warszawy, wsiadła w samolot i FRUUU! do UK.
W Luton powitała mnie typowa angielska pogoda. Wiatr i deszcz. Nie szkodzi! Luton jest jedynie 80 kilometrów od Henley, więc szybciutko i bez problemów dojadę, myślałam. Ach, ja naiwna.
Pierwsza rzecz: z lotniska na dworzec musiałam wziąc shuttle bus. Znalezienie go zajęło mi godzinę, a wcześniej miałam problem z kupieniem biletu na niego, bo, jak się okazało, wszyscy tam płacą kartą (a ja nie mam nawet jeszcze konta w banku...). Dojechała w końcu na dworzec, poszła szukać okienka, kupiła bilet, poszła na peron, spojrzała na bilet... Nic o peronie. Nic o odjeździe. NIC. Na ekraniku na peronie żadnego info o Henley. Zdziwiona, wróciłam do informacji.
Co się okazało? Nie ma bezpośredniego połączenia do Henley. Musiałam zrobić sobie przeprawę z CZTEREMA przesiadkami. Ale to nic, jestem optymistką, myślałam sobie. Muszę w tym momencie zaznaczyć, że Anglicy są niewiarygodnie mili i bardzo pomocni. Cały czas proponowano mi pomoc z bagażem, sami pracownicy dworca też bez żadnego zarzutu, prowadzono mnie praktycznie za rękę i cały czas przepraszano za wszystko. Odbyłam też dosyć interesującą rozmowę z kobietą z ochrony:
- Pierwszy raz w Luton?
- Pierwszy raz w Anglii.
*śmiech* - Przywykniesz!

Do czego to się miało odnosić?
Pierwsze poważne problemy pojawiły się, kiedy musiałam zmienić pociąg. Dostałam wydrukowaną rozpiskę z informacjami, gdzie i dokąd muszę się przesiąść, niestety ponownie nikt nie pomyślał o wskazaniu peronu. Dworce oczywiście wielkie, nie wiem, ile obiegałam się tego dnia do punktów informacji, ale nogi bolały mnie niemiłosiernie. Przy drugiej przesiadce wyszło na jaw, że "railway" to dla Anglików nie tylko pociągi, ale też METRO. Dokładnie - przez calutką godzinę jechałam metrem. Z bagażami. Plus jest taki, że przynajmniej doświadczyłam słynnego King's Cross.
Do Henley dojechałam na dwunastą. Znalezienie baru nie było problemem. Weszłam nieśmiało do środka, na barze były dwie dziewczyny (jak się potem okazało - Polka i Czeszka) oraz chłopak. Wytłumaczyłam, kim jestem, co spotkało się z wielką falą radości. Zostałam powitana niemal jak członek rodziny. "Czekaliśmy na ciebie, zobaczysz, że pokochasz Henley". No miło było mi strasznie. Pokazano mi też mój pokój - jak się okazało, mieszkam na piętrze, tuż nad barem. Ktoś kiedyś mieszkał w miejscu pracy?
Myślałam, że odpocznę, ale nic z tego. O 17 rzucono mnie na głęboką wodę - tj. postawiono za bar. Bariści tu mają zasadę, że ubierają się całkiem na czarno, nie wolno nam też przyjmować drinków od klientów. Ach, to był szalony dzień. Przede wszystkim - DUŻO NAUKI! Do tej pory tylko odwiedzałam bary, a teraz mam okazję poznać wszystko od środka. Jeśli myślicie, że bariści, tak jak to przedstawiają w filmach, poza nalewaniem drinków zajmują się głównie wysłuchiwaniem historyjek i życiowych problemów klientów, to z wielkim bólem serca muszę was uświadomić - macie rację. Henley jest małe, tu każdy się zna, a bar ma wielu stałych klientów. Szybko zauważono, że pojawił się ktoś "z zewnątrz". Moje nowe ksywki: "New face" i "Sweet glasses". Tak, chyba zostaję zapamiętana głównie ze względu na moje wielkie okulary.
Pierwszego dnia rozbiłam trzy kieliszki i generalnie chyba bardziej przeszkadzałam niż pracowałam. Mam dużo do nauczenia się. Nie tylko nazw wszystkich alkoholi i drinków, ale też, w jaki sposób je mieszać i w czym podawać (w czym innym podaje się czerwone wina, w czym innym białe, etc.). Muszę też kojarzyć stałych klientów i bez pytania ich wiedzieć, w jaki sposób lubią mieć podawane drinki. Czy z limonką, cytrynką, niemieszane... To ponoć bardzo ważne. Najwięcej uczę się od koleżanki Polki, ale też sporo od Camerona (19-letniego Anglika). Generalnie atmosfera jest bardzo przyjemna, chociaż cały czas mylą mi się nazwy alkoholi, a szczególnie WIN, BO SĄ PO FRANCUSKU.
Zdaje się, że to będzie bardzo wesołe parę miesięcy."


Generalnie tak, mam na siebie pomysł. Konkretnie w Anglii planuję spędzić dziewięć mięsięcy na standardowym zarobku, może po paru miesiącach przeniosę się gdzieś z Henley (może do Londynu?), ale na razie pracuję właśnie tutaj. Nie zapomniałam jednak o Azji! W przyszłym roku mam zamiar wyjechać na dwa lata do Japonii: na naukę języka i kultury. Może i potem studiów? Kto wie, kto wie. Jedno jest pewne, nie jestem już dłużej zwykłą Polką. Mimo prób rodziny i znajomych przywrócenia mnie do statusu sprzed wyjazdu, Tajwan nigdy nie opuścił mojego serca i, prawdę mówiąc, nie chcę, by opuścił. Wymiana sprzed trzech lat wywarła wpływ najprawdopodobniej na całe moje życie. I właśnie dlatego zdecydowałam się zbić wszystko, by do Azji powrócić, nawet jeśli wiąże się to z tymczasową emigracją na wyspy.


Ale żeby nie było! W Henley jest cudownie. Mieszkam tu od tygodnia, miasteczko typowo brytyjskie, powiedziałabym, że też trochę "tradycyjne", zwłaszcza pod względem architektury.









Mieszkańcy też powitali mie bardzo ciepło. Atmosfera miasteczka mocno rodzinna i na razie wyjątkowo mi tutaj dobrze. Ludzie z teamu z baru też cudowni. Generalnie mam wrażenie, jakbym w tym momencie wygrała coś bardzo ważnego. Jeszcze nie jestem pewna, co, ale tak czy siak wychodzi na plus!

Notki będą się pojawiać raz na dwa tygodnie. Będę opisywać swoje doświadczenia z Brytyjczykami oraz zdradzę trochę tajemnic z pracy na barze (hihi). W poczekalni mam jeszcze dalej trzy niedokończone notki z Tajwanu, wierzę, że kiedyś ujrzą światło dzienne, dlatego proszę, zostańcie ze mną.

Pozdrowionka!
Aleksandra Ziemniewska

6 komentarzy:

  1. Hej hej! Jutro wracam do Polski po roku za miesiac Bede w Cardiff. Tez traktuje to jak przystanek...czekam Na wpisy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super! Witam koleżankę Polkę z Wysp :) I jak najbardziej zapraszam do obserwowania bloga!

      ~Aleksandra

      Usuń
  2. Cieszę się, że znowu zaczęłaś pisać!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że dalej ktoś obserwuje moje wojaże ;) Zamierzam powrócić do pisania na serio, notki będą się pojawiać regularnie, wiec zapraszam :)

      ~Aleksandra

      Usuń
  3. Wiedziałam, że w końcu wrócisz do pisania bloga! I strasznie się również z tego cieszę, bo twój styl pisania jest cudny,taki lekki i widać, że masz poczucie humoru :). Trzymam za ciebie kciuki! Jesteś strasznie odważna, podziwiam osoby, które decydują się na wymianę lub przeprowadzkę za granicę, ja osobiście strasznie chciałabym pojechać na taką wymianę, jak ty byłaś w Azji, ale po prostu wydaje mi się, że to nie dla mnie (na początku byłam tym zafascynowana, ale po jakimś dłuższym czasie, zaczęłam się wahać). Czekam na kolejne notki :)

    OdpowiedzUsuń
  4. G'Day mates, tak bardzo australijsko ;D

    OdpowiedzUsuń