poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Co po pewnym czasie życia na Tajwanie stało się denerwujące

Witajcie.

W końcu zebrałam się w sobie i tak oto powstał pomysł na napisanie tego posta. Ciągle mam w planach opisać szczegółowo Chiński Nowy Rok, jednak na chwilę obecną poczęstuję Was smakołykami z tajwańskich rozterek, które dodały nieco pikantnego posmaku w moim życiu. Tak, ten post będzie o różnicach kulturowych, z których ostatecznie nie wynikło nic dobrego, wszak Polką rodowitą jestem, a my Polacy stereotypowo głównie narzekamy (i pijemy).

Zacznijmy.


1. Spóźnienia!

Z tym to jest tak, że my Polacy staramy się być punktualni, i słusznie, bo nieładnie przyjeżdżać na spotkanie pół godziny po czasie. Taka maksymalna granica spóźnienia to około dziesięć minut, po tym należy zawiadomić kumpla/kumpelę o opóźnieniu i czasem przeprosić. Osoba prawdopodobnie powie, że nic się nie stało, ewentualnie powścieka się trochę i na tym się kończy.

Otóż na Tajwanie nie jest tak kolorowo. Tajwańczycy liczą czas co do minuty, więc jeśli przyjedziesz na miejsce o czwartej pięć zamiast czwartej, istnieje szansa, że Tajwańczyk się już ulotnił - bo stwierdził, że go wystawiłeś. I nie, nie będzie telefonów, że gdzie jesteś, czemu Cię nie ma itd., on po prostu sobie odjedzie, co z kolei Ciebie może postawić w dziwnej sytuacji. Bo jak się zachować w takim momencie? Oto, co należy zrobić: szczerze i głęboko przeprosić. Żadnych wymówek, że sooooory, nie chciałem, w ogóle to autobus się spóźnił itede. Nie. Twoja wina, że nie było Cię na czas: przeproś. .

A więc tak, te "czasowe" rzeczy okazały się być dla mnie denerwujące. Bardzo niedobrzy host rodzice (zwłaszcza z rodzinki no. 3) czepiali się o każdą, dosłownie każdą minutę spóźnienia, w efekcie czego musiałam do nich dzwonić tylko po to, żeby poinformować, że będę dwie minuty później niż zwykle. Na szczęście do tego da się akurat przywyknąć.


 

Źródło zdjęcia: pinhouse.pl



2. Brak piekarników

Jeżeli myślisz, że w sobotnie popołudnie upieczesz sobie ciasteczka, to jest to pierwszy objaw tego, że dalej żyjesz w łajgłożeńskim matriksie. W typowym tajwańskim domu nie ma bowiem piekarnika! Mieszkania, zwłaszcza w dużych miastach, są przeważnie bardzo małe, jako że zagęszczenie Tajwańczyków na metr kwadratowy potrafi niekiedy zawrócić w głowie. Pociąga to za sobą fakt, że mieszkania są wyposażone jedynie w najpotrzebniejsze sprzęty. A na co komu piekarnik, skoro tajwańska rodzina i tak średnio dwa razy w tygodniu jada poza domem? Ach, na ciastka? A po co piec, skoro jest piekarnia?

 - Może dla przyjemności?
 - Dla przyjemności to się idzie na night market.
 - A jak ktoś chce ciastka?
 - Na nightmarkecie można kupić ciastka.



Źródło zdjęcia: pytanieomieszkanie.pl



 3. Kłopotliwe pytania

Rzecz najbardziej oczywista na świecie - my, biali, jesteśmy bardzo różni od Azjatów i to widać nawet gołym okiem, jest zatem wiele rzeczy, o których taki Tajwańczyk chciałby się od nas dowiedzieć, co też jest zrozumiałe. Tylko że oczywiście pojawia się pewien problem.

Poziom chińskiego u łajgłożenów jest z reguły jeszcze niższy niż poziom angielskiego u Tajwańczyków (co niekiedy prowadzi do okrutnych stereotypów, ale o tym później), więc o komunikację najczęściej bardzo ciężko. Jeżeli jednak chiński to dla Ciebie nie problem, spodziewaj się początkowo masy albo wyjątkowo standardowych, albo kosmicznych pytań.


Wariant pierwszy:

 - Cześć.
 - O, mówisz po chińsku! A skąd jesteś? Co robisz na Tajwanie? Jak długo tu już jesteś? Ile uczyłaś się chińskiego? Umiesz jeść pałeczkami?
 - Tak, mówię trochę po chińsku, uczę się rok. Przyjechałam na wymianę uczniowską, chodzę do liceum. Pałeczkami umiałam jeść, zanim tu przyjechałam.
 - Wow, naprawdę super mówisz po chińsku!
 - Nie, ależ skąd! Wiele osób zadaje takie pytania~


Wariant drugi:

 - Cześć.
 - O moje niebiosa (喔我的天 - odpowiednik polskiego "O mój Boże"), ona mówi po chińsku!!! <3 <3 To twoje prawdziwe włosy? (łapie za włosy bez pytania) Jeeej, ale miękkie! A oczy to masz prawdziwe, nie soczewki? A kto ci robił makijaż? Jesteś kimś sławnym? Może piosenkarką? Chyba cię widziałam w telewizji. Ej, a to prawda, że w Europie wierzycie w mówiące węże? Tak czytałam.
 - Piosenkarka~? Mówiące węże~? Chodzi ci o chrześcijaństwo??


O ile na poczatku naszej przygody takie pytania śmieszą, to po dłuższym czasie zaczynają być uciążliwe. Dlatego nie zapominajmy o innych szczęśliwych momentach, jakie potrafią zaserwować nam Tajwańczycy. A jest ich naprawdę wiele!





3. Traktowanie obcokrajowców

Czasem się zdarzy, że Tajwańczycy nawet nie tyle zieją nienawiścią do obcokrajowców (tak jak u nas niektórzy nie mogą znieść tych "skośnych żółtków", tak samo niektórzy Chińczycy nie cierpią tych "wielkich i tłustych białasów"), ale zwyczajnie unikają jakiegokolwiek kontaktu z nimi, co naturalnie wynika z faktu, że boją się mówić po angielsku, jednocześnie automatycznie wychodząc z założenia, że my nie mówimy po chińsku (wszak łajgłożeni to kretyni i nieroby, więc na pewno nie znają języka - niestety, w dużej mierze hipokryzja). Wchodzę sobie do knajpy gdzieś poza dzielnicami turystycznymi ze znajomą Tajwanką, siadamy, podchodzi kelner. Kelner zwraca się do tajwańskiej koleżanki, ona składa swoje zamówienie. I wtedy kelner zadaje jej pytanie: A co życzy sobie pańska znajoma? Zadaje pytanie JEJ. Nie mi. Uśmiecham się uroczo i mówię grzecznie po chińsku "Wo xiang yao chi lamian" (Chciałabym ramen). Kelner skina głową, i dalej zwraca się do koleżanki z pytaniem, jaki ma być smak tego ramenu. DO KOLEŻANKI.

Bywa też, że biali wzbudzają nie ostracyzm, a sensację, zwłaszcza przedstawicielki płci pięknej. Powód do szczęścia? Otóż nie. Dziewczyny będą piszczeć i się zachwycać, że jasna cera i duże oczy, ale żaden, absolutnie ŻADEN chłopak nie spojrzy na Ciebie, pozostawiając Cię z wrażeniem, że jesteś zupełnie niewidoczna i kompletnie nie atrakcyjna, a jeśli spojrzy, to najczęściej jest zboczuchem i ma haniebne zamiary wykorzystania niewinnego ciałka i duszyczki biednej białolicej dziewuszki. Przytoczę tutaj pewną zabawną historyjkę. Znaczy się nie jest zabawna, ale stawiam stówę, że doprowadzi Was do łez - mnie niemal doprowadziła~


Słoneczny dzień wiosenny, godzina 17, ja w mundurku jak każda grzeczna uczennica idę na stację metra w celu równie grzecznego powrotu do domu. Przechodzę przez bramki, schodzę na odpowiednią linię (Linia Czerwona) i czekam. Metro za trzy minuty. Jakieś dziesięć metrów na prawo stoi Nieznajomy Pań Chińczyk, który nieśmiało macha do mnie. Odmachuję mu przyjaźnie; jeszcze nie wiem, że delikwent zaraz okaże się być psycholem. Machanie i posyłanie kjutaśnych uśmiechów to częsta praktyka Chińczyków w stosunku do białych łajgłożenów, ale przeważnie na tym się kończy, toteż moje zdziwienie nie ma końca, albowiem Nieznajomy Pań Chińczyk decyduje się podejść i zagadać.
 - Hello.
Ojej, angielski! Robi się ciekawie. W sumie mam czas, czemu by chwilkę nie porozmawiać?
 - Hi, mate - odrzekam swoim jakże profesjonalnym brytyjskim akcentem - what's up?
W tym momencie wychodzi na jaw, że delikwent angielski zna, ale co najwyżej z odczytywania napisu Earl Grey na opakowaniach herbat w Seven Eleven, bo za nic nie potrafi odpowiedzieć na zadane pytanie. Wskazuje jednak palcem na moją krótką szkolną spódniczkę, na jego twarzy uśmieszek niczym u Pana Zagadki z serii o Pile.
 - Pretty - oświadcza.
Nie daję za wygraną i hardo odpowiadam angielszczyzną:
 - Oh thank you! Actually this uniform is pretty ordinary, I've seen many girls from other schools wearing much more beautiful unifo~
Nie dokańczam jednak, bo oto niespodziewanie Nieznajomy Pan Chińczyk ochoczo łapie mnie za obie ręce i obejmuje je swoimi dłońmi. Jakoś wydaje mi się teraz strasznie wielki, ma z jakieś metr dziewięćdziesiąt~?
 - Friends.

Chwila.

Że co? Jacy friends, o co kaman? Czemu ten gość złapał mnie za ręce? I czemu się tak upiornie uśmiecha?! Ale spokojnie, nie pozwólmy, by zawładnęły nami emocje, to przecież metro, ludzie tu są, nic się nie dzieje, wszystko pod kontrolą.

Grzecznie próbuję oswobodzić się z ucisku Nieznajomego Pana Chińćzyka, jednak ten się nie poddaje i cały czas uparcie powtarza "friends". W końcu nie wytrzymuję i wybucham po mandaryńsku:
 - Shenme friends?! Wo bu zhidao ni! Weishenme ni zhuazhu wode shou le ma?! (Jacy friends?! Nie znam cię! Dlaczego złapałeś mnie za ręce?!)
W tym momencie zaczynamy otrzymywać ukradkowe spojrzenia od ludzi z metra, delikwent jednak nic sobie nie robi ani z owych spojrzeń, ani z moich protestów. Puszcza moje ręce, ale nie oznacza to końca koszmaru, bowiem kładzie teraz jedną ze swoich gigantycznych dłoni na moim sercu.
 - You...
Teraz kładzie na swoim.
 - ...and me. Friends.

Dobra, trzeba stąd spadać. Akurat nadjeżdża metro, to jest szansa na szybkie ulotnienie się. Uśmiecham się do Nieznajomego Pana Chińczyka i ku jego zdumieniu odsuwam o pół metra. Oto przyszedł czas na użycie mojej tajemnej broni specjalnej.
 - Sorry, but you know, my boyfriend is about to pick me up, so I'll be going~
 - Boyfriend? - powtarza delikwent, otwierajac szeroko oczy. W tym momencie przyjeżdża metro, nikt nie wysiada, za to parę osób wsiada, w tym ja, ale Pan Nieznajomy Chińczyk chwyta mnie po raz kolejny - tym razem za ramiona - i przyciąga z powrotem ku sobie, doprowadzając mnie niemal do zawału serca, po czym pochyla się i szepcze do ucha:
 - You~ and me~ boyfriend?

O ku*^@&^#)@&#($&)@#&#^$@$!&!^$#&!$)$#)$^$!$ Wykopałam sobie grób. Gość nie puści za nic, a teraz jeszcze ślini się, a uśmieszek a'la Pan Zagadka z Piły w dalszym ciągu z twarzy mu nie schodzi. Pociąg oczywiście odjeżdża. Beze mnie. Kolejny za sześć minut. Spóźnię się do domu jak nic. Ale najgorsze jest to, że metro nagle jakoś dziwnie opustoszało~

Gość dosłownie zaczyna mnie obmacywać. Zjeżdża po moich ramionach do talii; Aleksandra nie jest bierną i uległą kretynką, toteż mówi sobie STOP. Odpycham delikwenta i groźnym głosem ostrzegam, na wszelki wypadek w obu językach, że jeśli się do mnie zbliży, to nie ręczę za siebie. Trzęsę się jak galareta, bo mimo mego bojowniczego charakteru gość jest ode mnie wyższy o jakieś trzydzieści centymetrów, do tego jestem panikarą i zaczynam już sobie wyobrażać milion tragicznych scenariuszy: w jednym z nich delikwent wyciąga ukryty nóż i wbija mi go w pierś.

Na pewno jesteście szalenie ciekawi, jak się kończy ta wesoła historia. Już mówię.

Nieznajomy Pan Chińczyk okazuje się większą piz*ą niż przypuszczałam. Zaczynam szybko schodzić w kierunu bramek, gdzie jest ochrona; gostek desperacko nie opuszcza mnie na krok ani nie zostawia w spokoju, ale to wszystko. Chodzenie za kimś nie jest na Tajwanie przestępstwem, więc nie mogę tego nigdzie zgłosić. Wiem, że na pewno muszę wracać do domu, ale nie z tym gościem na ogonie, jeszcze by się dowiedział, gdzie mieszkam, i może miałabym piekło, bo Nieznajomy Pan Chińczyk póki co pozuje na bardzo zawziętego stalkera. To właśnie moment, kiedy po raz drugi postanawiam skorzystać ze swojej tajemnej broni specjalnej o nazwie "boyfriend". Mówię delikwentowi po mandaryńsku, tym razem jednak upewniając się, że wszystko rozumie, że mam chłopaka i że właśnie jadę się z nim spotkać. Gdy nagle~
 - He come here now - oświadcza Nieznajomy Pań Chińczyk, tym razem dla odmiany z grobową miną. - I don't believe you. He. Now. Here.

Dlaczego on dalej gada po angielsku? Ym~ Chingielsku~?

To, co robię, może i jest najgłupszą rzeczą na świecie, ale zrozumcie moją ówczesną desperację: gość nie chce mnie odstąpić NA KROK! Z lekkim niepokojem w sercu wyjmuję komórkę i dzwonię do znajomego Brazylijczyka. Odbywam z nim krótką i głośną rozmowę ("Hey honey, you know I love you so much!!! <3 <3 <3 Please come to Mingde Metro Station and pick me up, okay, my dear? <3 <3 <3"), podczas której tak modeluję głos, żeby kolega zorientował się, że potrzebuję pomocy, jednocześnie starając się wydać całkowicie naturalną Nieznajomemu Panu Chińczykowi. Tak się składa, że kolega jest akurat w Yuanshan Station (cztery stacje od Mingde) i jest gotowy nieść pomoc biednej Polce w potrzebie! Czekamy zatem na niego, przyjeżdża po dziesięciu minutach, podchodzi i przytula mnie w sposób wręcz teatralny. Na ten widok Nieznajomy Pan Chińczyk popada w złość i, nic nie mówiąc, odwraca się na pięcie i ot tak odchodzi. Do domu oczywiście dojeżdżam spóźniona i host rodzice się pieklą, ale przynajmniej jestem już bezpieczna.

KONIEC. Z tej historii wyciągnęłam bardzo ważną lekcję: chińscy mężczyźni dzielą się na takich, co nie interesują się białymi kobietami, i na majacych nie po kolei w głowie stalkerów. Od tej pory Aleksandra już zawsze była ostrożna i nie dała się więcej wciągnąć w tego typu galimatias. Pocieszające jest to, że przynajmniej kolega z Brazylii miał niezły ubaw.


Było zatem o ostracyzmie, było o prześladowaniu~ Czas więc na podlizywanie się i fałszywych przyjaciół!

Nieskromnie powiem, że w mojej szkole, dla przypomnienia: Zhongzheng Gaozhong (Liceum Czang Kaj-szeka), byłam gwiazdą. Pociągało to za sobą nie tylko zachwyty nad moją słowiańską urodą (zielone oczy i te sprawy, wiecie), ale także specjalne traktowanie. Każdego dnia uczniowie zostają po szkole jeszcze na godzinę, żeby posprzątać. Legenda głosi, że służy to zaciśnianiu więzów pomiędzy uczniami, ale nikt jeszcze nie wynisół z tej harówy nic poza bolącymi plecami i kręgosłupem. Jako gwiazda byłam zwolniona z tego zadania. Nauczyciele naturalnie traktowali mnie jak wszystkich pozostałych (a raczej - starali się), ale nie uczniowie; co rusz podchodził ktoś i przyjacielsko pragnął mnie "wyręczyć" - gdzie to, żeby uczennica z zagranicy biegała z mopem? Niech usiądzie i odpocznie, a pierwszoroczny Wang Ming kupi i przyniesie jej bubble tea, żeby nie wyschło jej gardełko.

Powaga. To było cudne, autentycznie czułam się jak gwiazda Hollywood. Ale po miesiącu stało się to uciążliwe. Najsmutniejsze jest to, że mimo codziennego usługiwania mi, zachwycania się mną i oddawania mi płytkich pokłonów, bardzo trudno było mi znaleźć w szkole przyjaciela. Kogoś, kto traktował by mnie na równi z sobą, i w kim miałabym oparcie. Przez cały rok, poza innymi wymieńcami, poważniejsze więzi szkolne nawiązałam z czterema tylko osobami: Ashley, Andramelą, Jessicą i Kevinem. Wszyscy mieszkali jakiś czas zagranicą i byli uważani za "innych". Generalnie pasowaliśmy do siebie. Z typowym Chińczykiem nie zaprzyjaniłam się nigdy.

Wydaje mi się, że każdy z nas obcokrajowców wyróżnia się na tyle, że jest automatycznie skazany na samotność. Możemy mówić po chińsku, możemy zachowywać się jak Chińczycy - ale nigdy nie będziemy traktowani na równi z nimi. To też pewnie przez urok dużego miasta, Tajpej jest wielkie - człowiek łatwiej się wtapia w cały ten tłum i traci tytuł indywidualnej jednostki. Staje się częścią społeczności. Ale nie pasuje do niej. Bo jest inny. Odstaje.

Ale nie o tym miało być. Jeszcze chwila i zacznę schodzić na jakieś filozoficzne rozważania a'la Imperatyw Kategoryczny Kanta, a nie pasuje to ani do tematyki tego bloga, ani tym bardziej do mojej osoby. Powróćmy zatem do tematu fałszywych znajomych - a jest o czym mówić! Bo temat śmieszny i wyjątkowo żałosny.

Mogą być z Twojej szkoły. Możesz ich również spotkać w metrze, w barze, w sklepie czy po prostu na ulicy. Są różni, ale zazwyczaj młodzi i charakteryzują się tym, że poruszają się w grupach dwu- i więcej osobowych. Ich działanie jest bardzo sprytne. Podchodzą do Ciebie, zagadują, zazwyczaj po angielsku, ale zdarza się i po chińsku; jako że są bardzo mili, szybko wymieniacie się FB i spędzacie cały dzień razem. Możecie na przykład pójść razem do Ximen i się bawić. Generalnie masz wrażenie, że są wyjebiści. Wracasz do domu, wchodzisz na FB: o, zamieścili zdjęcie z Tobą z podpisem "Taki tam zwykły dzień - włóczenie się po mieście z przyjaciółką z Europy". Super. Ekstra. Jedyny smutny element tego to to, że więcej już nie odzywają się do Ciebie. Ale zdjęcie na FB jest; co więcej, zgarnęło już 300 lajków. Lans, bo foto z obcokrajowcem.

Smutne, ale prawdziwe.


Mogłabym jeszcze napisać o wielu innych rzeczach, jak na przykład o pobieraniu od obcokrajowca większej stawki za wejście do klubu niż od Chińczyka, tylko dlatego że "jest biały", ale mi się nie chce. Nie ma po co. Swoje przeżyłam i zobaczyłam, nie chcę tutaj nikogo nastawiać przeciwko Chińczykom. Ale generalnie najlepsze w nich jest to, że często wymagają jak od Chińczyków (dostosuj się, zmień myślenie z europejskiego na chińskie, rób to, co Chińczycy), a sami traktują nas inaczej (przykłady wymienione powyżej). Aleksandrze się to nie podoba i mogłaby sporządzić referat na temat rasizmu Tajwańczyków w stosunku do łajgłożenów, ale jest zbyt kulturalną i pokojową osobą, aby wylewać z siebie tyle jadu, czyni to zatem humanitarnie tutaj, na swoim prywatnym blogasku.





4. Ulice

To dotyczy głównie centrum miasta: niewiarygodny wręcz hałas. Samochody nadjeżdżające z każdej strony, w dodatku wszędzie gdzie nie spojrzeć motorzyści i rowerzyści, dla których sygnalizacja świetlna jakby nie istniała. Autentycznie niebezpiecznie jest poruszać się po mieście, a mówi się przecież, że Tajwan to taki spokojny kraj i nic złego nikomu stać się tu nie może. Ulice czyste, ale brak jakichkolwiek koszy na śmieci: jeśli akurat skończyłeś popijać bubble milk tea, to pojemnik musisz schować do torebki i wyrzucić później w domu albo na chama wejść do jakiejś restauracji i wyrzucić tam, ewentualnie masz jeszcze do wyboru łazienkę w metrze. Jeśli nie masz torebki, to jesteś udupiony. : ) Na ulicach tłok, zwłaszcza w Ximen ludzie co rusz wpadają na siebie i przepychają się. Przed wieloma sklepami stojaki na parasole, w których nie ma parasoli, bo ludzie zaraz je kradną (jedyna chyba rzecz, którą nagminnie kradnie się w tym kraju). Smród ze ścieków, karaluchy na długość palca. Po czasie ma się zwyczajnie dość.





5. Klimat

Czterdzieści stopni w lato to niby nic, albowiem w Polsce temperatury również bywają nieubłagalne. Należy wziąć jednak na poprawkę to, że Tajwan leży w strefie zwrotnikowej, w dodatku jest otoczony morzem; oznacza to ogromną wilgotność powietrza, co w połączeniu z upałem może stanowić zagrożenie dla zdrowia. Nieznośne są zwłaszcza letnie tajfuny, które sprawiają, że deszcz może padać bez przerwy nawet przez kilka dni - oczywiście w tym czasie nie można wychodzić z domu, loty samolotów również bywają odwoływane. Kilka razy w roku dochodzi do trzęsienia ziemi, co jest doświadczeniem dosyć ciekawym, o ile zaskoczy nas w odpowiednim momencie (kiedyś brałam kąpiel i przez trzęsienie ziemi wanna gwałtownie przesunęła się trochę, najadłam się wtedy sporo strachu). Zimy są z kolei wyjątkowo nudne; mimo plusowej temperatury dosyć chłodne ze względu na wiatry, ale całkowicie pozbawione śniegu. Mieszkając na Tajwanie możemy zapomnieć o czymś takim jak narty czy jazda na sankach. No i najważniejsza rzecz: nie ma prawdziwych White Christmas.





Dziękuję za dotrwanie do końca tego posta. Nie spodziewałam się, że wyjdzie tak długi. Umieściłam w nim też kilka osobistych spraw, może w liczbie trochę zbyt mnogiej, ale mam nadzieję, że tylko uatrakcyjniło to wpis.

Niestety nie wiem, kiedy napiszę kolejnego posta; zaraz szkoła, klasa maturalna, więc mój czas będzie mocno ograniczony. Mimo to pozostańcie ze mną.

Pozdrawiam,
Aleksandra Ziemniewska

18 komentarzy:

  1. Dzięki, że w końcu napisałaś! Tyle na to czekałam! Kontynuujesz jakoś w Polsce naukę chińskiego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na chwilę obecną sama, ale wkrótce zamierzam wznowić naukę na serio :P

      Cieszę się, że ktoś jednak czyta moje wypociny :D Dzięki.

      Usuń
    2. Ja tez przeczytalam Twojego posta i musze przyznac, ze mialas ciekawe przygody.:) Wolalabym nie spotkac takiego szalenca jak ten Pan z metra. Dobrze, ze zachowalas zimna krew i wszystko dobrze sie skoczylo.
      Pozdrawiam. Sandra

      Usuń
    3. Dzięki, Sandro! Przygód było dużo, w wolnym czasie opiszę pozostałe :)

      Usuń
  2. Dramat z tym zboczeńcem! Ja bym chyba nie wytrzymała i mu dała w łeb (choć to Katarzyna przoduje w biciu Chińczyków w metrze). To niestety smutna prawda, że zaprzyjaźnić się z nikim nie da i zawsze widzą w Tobie białą atrakcję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się Pozostaje zatem pytanie, jakim cudem tak bardzo chcę tam powrócić!

      A zboczeńcy można w sumie powiedzieć, że są wszędzie. Chińscy są po prostu... specyficzni. "Friends". XD

      Usuń
  3. Nie wiem, chyba zgarnęłaś całą pulę punktualnych Tajwańczyków bo moi znajomi notorycznie się spaźniali, tak do godziny. Co w czasie szczytu komunikacyjnego oznaczało tkwienie przy przystanku i inhalację minerałami z pyłu zawieszonego.

    Mój pobyt tu urozmaicała i ułatwiała mi dwójka prawdziwych przyjaciół. Młodociany i Syrenka TangXin, oboje rodowici i niebywali za granicą.

    Co do reszty, zgadzam się w 100%.

    PS. Widzę że ciebie też dopadła ta tęsknota, czyli że coś jednak tam do wody i bubble tea dosypują białasom...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, może ^ ^ Ty mieszkasz na południu; podczas mojej kilkudniowej wyprawy do Gaoxiong i okolic zauważyłam, że tam panują zupełnie inne "zasady". Tajwańczycy z Tajpej są punktualni strasznie, a host rodziny potrafią zlinczować za minutę spóźnienia!

      Tęsknota jest zawsze! Na Tajwanie do Europy, w Polsce do Azji! Obecnie cierpię chyba najbardziej, bo Azja mimo wszystko wygrywa moje serduszko, a uziemiona jestem przez szkołę. Na szczęście wkrótce się to zmieni :)

      Usuń
  4. Ciekawe przygody, a z tym zboczeńcem dramat. Pewnie by mnie zamknęli na dołek za atak ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też przez chwilę miałam ochotę go walnąć! Na szczęście ostatecznie nie poniosły mnie emocje :)

      Usuń
  5. Z tym pieczeniem ciastek i ogolnie jedzeniem serio troche smiesznie haha. Bardzo rzadko ktos gotuje (ostatnio porwalam sie na rosol), a najczesciej to night markety lub knajpki z makaronami (nie narzekam, mi to pasuje bardzo :D). Ale fakt, ze cos samemu by sie chcialo upiec, szczegolnie z moja miloscia do slodyczy, ale zanim zbiore skladniki otp. To wole poszukac czegos na wynos xdd (gofry plz).

    U mnie chinski jest gorszy od japonskiego, ktorego sie uczylam dwa lata temu, wiec odczuwam ulge kiedy jestem ignorowana czy cos...ogolnie z poznawaniem ludzi ciezko (so shy) i wszystkie rozmowy przekierowuje do mojego adwokatatowarzysza ≥:3

    Super post ↖(^ω^)↗

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Również uczę się japońskiego, także piąteczka!

      Nom, piekarniki bywają wkurzające :c *ich brak w sensie* Chciałam raz upiec rodzinie polski piernik: wszystko przygotowane, ciasto zrobione, ładnie pachnie itd., no to się pytam, gdzie piekarnik, bo teraz trzeba upiec. "Ale jaki piekarnik? My nie mamy piekarnika.". .____.

      Dziękuję! ^U^

      Usuń
  6. Ten zboczenie mnie rozwalił haha:D Friends . Jakby mnie tak trzymał za ręce to bym mu powiedziała że ma 5 sekund żeby mnie puścić bo inaczej wyląduje na pogotowiu :D
    Kocham twojego bolga! <3 <3
    Mam pytanie ile w całości zapłaciłaś za tą wymianę? Bo też chcę własnie wyjechać na tą wymianę do Tajwanu? <3 *.* I ogólnie czy ją polecasz? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, mnie strach obleciał : P Nie jestem jakoś specjalnie asertywna w takich przypadkach.

      Absolutnie polecam wymianę na Tajwan! To był najpiękniejszy rok mojego życia, do tego postanowiłam powrócić do Azji w przyszłym roku po maturze, może uda mi się zawitać też ponownie na Tajwanie :) Co do rozpiski kosztów, odsyłam tutaj: http://tai-love.blogspot.com/2013/09/jak-pojechac-na-wymiane.html

      Aleksandra Ziemniewska

      Usuń
  7. Punktualni Tajwańczycy? Jeszcze takich nie spotkałam, a mieszkam tu już 14 lat :-) Nawet na zebrania w instytucjach rządowych połowa ludzi zawsze się spóźnia. Mnie wtedy szlag trafia, bo muszę czekać.
    Zboczeńcy niestety wszędzie się zdarzają i trzeba być bardzo ostrożną i mieć oczy szeroko otwarte, a na nogach wygodne buty do szybkiej ucieczki.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj!

      Mieszkałam z chińskimi rodzinami, niestety w żadnym z czterech domów nie tolerowano spóźnień, a co do znajomych... hmm, no niestety było jak było. Może to kwestia samego Tajpej, albo po prostu trafiłam na takich ludzi.

      Ano zboczeńcy są wszędzie, dlatego ostrożności nigdy za wiele :)

      Pozdrawiam!

      Usuń
  8. Bylabyn wdzieczna za odp na maila(mnichmichalina@gmail.com)
    W ktorej klasie bylas gdy wyjechalas na wymiane?
    Dlugo tam bylas?
    Z jaka srednia ocen cie zaakceptowali(nw jak to ujac xD mam nadzieje ze rozumiesz co amm na mysli)
    Po jakim jezyku tam mowilas?
    Po jakim jezyku sie uczylas?

    OdpowiedzUsuń
  9. Ciekawy post! I jako Tajwańczyk naprawdę przykro mi że historia z zboczeńcem tak się zdarzyła. Poszukaj pomocy u przechodniów- ale mam nadzieję że następnego razu nie będzie.
    Ze spóżnieniem... Nie wiem dlaczego twój host tak się zachowuje, ale większość moich znajomych i rodaków poinformują i nie odejdą z miejsca bez wiadomości ))
    Trzymaj się i pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń