sobota, 30 sierpnia 2014

Moje życie w pigułce - filmiki!

Witajcie.

Od niemal dwóch mięsięcy jestem w Polsce. Tego się absolutnie nie da opisać, jak obecnie się czuję. Obawiam się, że przechodzę szok kulturowy spowodowany powrotem do ojczyzny (!). Azja a Europa to jakby dwa różne światy. Osobną kwestią jest to, że moi przyjaciele mieszkają tak daleko ode mnie~

No, ale ten post nie powstał, abym się Wam żaliła. Co miałam na celu to podsumować cały ten spędzony w Tajwanie rok za pomocą~ nagranych spontanicznie filmików. Niektóre są zabawne, niektóre całkiem głupkowate - myślę, że dostarczą Wam rozrywki na te kilka minut ;D

Zacznijmy.

Zaraz po przyjechaniu na Tajwan chodziłam jak w amoku, wydawało mi się to wszystko strasznie nierealne. Potem poszłam do szkoły i dopiero wówczas uświadomiłam sobie "matko, jestem w Azji!".

I tak minął miesiąc, ja powoli przyzwyczajałam się do otaczającej mnie azjatyckiej rzeczywistości. Dobrze wspominam pierwszą wycieczkę z Rotary, bawiliśmy się świetnie, w ciągu tych dwóch dni poznałam także Anakaylę i Carinę, moje przyszłe przyjaciółki z USA. Ja i Naoki spotkaliśmy się dużo wcześniej, ale jakoś tak wyszło, że zaczęliśmy wszędzie łazić właśnie z dwiema paniami z Ameryki. Piękne czasy. Pod spodem wideo z Naokim szpanującym swoim talentem wokalnym, który całkowicie przypadkiem odkryliśmy w autokarze podczas małej sesji karaoke:



No ale nie zapominajmy o szkole. Z początkiem września byłam zobowiązana uczęszczać nie tylko do mojego liceum tj. Zhongzheng Gaozhong, ale również do Tamkang University, gdzie wraz z innymi wymieńcami uczyliśmy się języka chińskiego. Jako że byłam na poziomie, hmm, zerowym, umieszczono mnie w grupie nowicjuszy - A1. No ale Aleksandra jest ambitna i chińskiego starała się używać jak najwięcej, nawet podczas wygłupów ze znajomymi:



BTW, Rotary w Tajpej odwaliło kawał naprawdę dobrej roboty. Ciągle organizowano nam coś, czy to wycieczki, czy tak zwane culture classes, podczas których mieliśmy uczyć się kultury chińskiej. Jeden wypad polegał na pójściu do teatru i obejrzeniu tańców lwów. Oczywiście bez pradziwych lwów, chodzi tu o tradycję i dobrą zabawę ;)



Miesiące mijały i w końcu musiałam po raz pierwszy zmienić host rodzinę. Tu zaczęły się schodki. O ile Hunter i Reina nie tylko mówili biegle po angielsku, ale także wykazywali się anielską cierpliwością, doskonale wiedząc, czego się spodziewać po obcokrajowcu (oboje mieszkali po kilka lat w USA), o tyle po przeprowadzce doznałam szoku. Druga host rodzina składała się z mamy, taty i host brata, który niestety od dawna był już pełnoletni i nawet z nami nie mieszkał. Tata okazał się być lekarzem i lekkim pedantem, miał dosłownie zboczenie na punkcie czystości, kazał mi brać prysznic po dwa razy dziennie (zaraz po powrocie do domu, "bo zarazki", i wieczorem, "bo nie można chodzić brudnym do łóżka"). Mama to Japonka nie mówiąca nic a nic po angielsku, z którą spędzałam godziny przeglądając jej rodzinne albumy ze zdjęciami. Nie mam pojęcia, jakim cudem przetrwałam z nimi aż trzy miesiące. Nie byli źli, ale trochę straszne było to, że AUTENTYCZNIE NIE MÓWILI PO ANGIELSKU. Szybko się okazało, że tata tylko potrafi dukać podstawowe zwroty typu "nazywam się tak i tak, mieszkam tu i tu". Ale, co jeszcze dziwnejsze, szybko przestawilam się myślenie w języku chińskim. Jeżeli na przykład nie znałam słówka "piekarnik", to w zamian starałam się używać innych słów na jego opis w taki sposób, aby uniknąć użycia tego słowa. Koniec końców, cieszę się, że spędziłam z nimi tyle czasu, nauczyli mnie bardzo wiele i przygotowali do najgorszego - trzeciej host rodziny (ale to może zostawię sobie na inną okazję).

W święto Halloween zostaliśmy zaproszeni z Naokim na spotkanie naszego klubu, które odbyło się w wypasionym hotelu i było o tyle zabawne, że przygotowano różne atrakcje, między innymi pokazy taneczne.

Ja uparcie trzymałam się ćwiczenia języka chińskiego:



A co do owych tańców:



Imprezę Aleksandra uważała za udaną. W roku 2013 zdarzyło się jeszcze wiele innych zabawnych rzeczy, w pewnym momencie wymyśliłam nawet sobie, że ponagrywam swoich znajomych, jak próbują z różnych skutkiem wymówić moje nazwisko. Niektórzy (np. Anakayla) uznali to za powód do śmiechu, innych (choćby Kena) chyba trochę to drażniło ;D



Nadszedł okres świąt. Niestety, był to czas, kiedy doznałam pierwszych objawów homesick - chorobliwej tęsknoty za domem. W Tajwanie, jak zapewne w całej reszcie Azji, polegają one na tym, że w hipermarketach wystawia sie olbrzymie choinki, a w radiu lecą świąteczne piosenki. Tyle. Przeciętny Europejczyk by się załamał. Dlatego, co by umilić nam czas, nasza kochana nauczycielkaze szkoły językowej zorganizowała nam świąteczną lekcję, podczas której uczyliśmy się między innymi świątecznych piosenek po chińsku :) Byłam już wówczas w klasie A4, najbardziej zaawansowanej grupie. Cóż, używanie chińskiego na każdym kroku i maltretowanie innych wymienców ostatecznie się odpłaciło.



Kolejna wycieczka z Rotarianami oraz wymieńcami to jednodniowy wypad na rowery do obcego miasta, w krakcie którego dowiadujemy się, w jaki sposób żyli tubylcy, zanim rozwinęłą się bardziej zmodernizowana cywilizacja. Największą frajdę sprawiły nam natomiast właśnie rowery. Pod spodem dodaję filmik, który został nakręcony dosyć spontanicznie, proszę nie zwracać uwagi na przekleństwa :P



Podczas Chińskiego Nowego Roku Tata Doctor i Mama Japonka zabrali mnie do rodziców mamy na cztery dni do Taizhong (台中). Babcia była emerytowaną nauczycielką języka chińskiego, a dziadek angielskiego. Babcia grała na pianinie i uczyła mnie popularnych japońskich piosenek (do tej pory pamętam jedną pod tytułęm Hana wa saku!), z dziadkiem wieczorami graliśmy sobie w majianga. W dzień trzeci wybraliśmy się wspólnie na hanami, czyli wspólny piknik do typowego japońskiego ogrodu, gdzie wspólnie obserwowaliśmy kwitnące wówczas drzewa wiśni, podziwiając istotę przemijającego piękna.



Pozwolę sobie tutaj opowiedzieć anegdotkę. Otóż dziadek, mimo naprawdę dobrej znajomości angielskiego, zdawał się nie rozumieć, że nie pochodzę ze Stanów Zjednoczonych. Ile razy by się mu nie tłumaczyło, w kilku językach, że jestem Polką, on zawsze i tak nazywał mnie Amerykanką, co było oczywiście dla mnie zabawne. Raz odebrał telefon od jakiegoś swojego znajomego i, rzecz jasna, musiał się pochwalić, że mieszka przez kilka dni pod jednym dachem z mieszkańcem Ju Łes Ej. Host mama zaczęła robić komentarze, że obcokrajowcem to ja jestem, ale nie amerykańskim, na co dziadek się poprawił: "No dobrze, nie Amerykanka, ale no wiesz, biała!". :'D

Tutaj wyjątkowo dodam coś, co nie jest filmikiem, a zdjęciami:




Są to smocze wąsy, typ chińskiego ciastka. Na zdjęciach widnieje proces ich przygotoywania. Dziadkowie zdają się być identyczni na cąłym świecie, toteż bez przerwy kupowali mi jedzenie i pytali, czy aby nie jestem przypadkiem głodna, to tak na marginesie.

Wakacje u dziadków się skończyły i czekała mnie następnie wycieczka z moim Klubem Rotary i Augustą, Lisą i Naokim do, o ironio, ponownie Taizhong! Ale spokojnie, na szczęście udawaliśmy się w miejsca inne niż ja z dziadkami, więc powiedzmy, że nie żałuję. O wyjeździe tym zrobię ogólnie osobną notkę, więc w tej chwili daruję sobie szczegóły. Powiem tylko, że był to najlepszy wyjazd w moim życiu, czekała nas między innymi wizyta w domu mistrza kaligrafii oraz tradycyjne chińskie wróżby - wbrew pozorom, nie te z ciasteczek!

Pod spodem małe zapowiedzi:




A tutaj kolejne moje podejście do nagrywania wymieńcow. Za temat przewodni obrałam sobie "łamańce językowe". Filmik ekstremalnie krótki, ale dosyć wymowny. Najwyraźniej nie tylko polski jest taki trudny, jak nam się zdaje ;)



Byłabym zapomniała! Dosyć ważnym wydarzeniem był festiwal obcych krajów przygotowany przez samych wymieńców. Niestety, tego dnia nie czułam się najlepiej i musiałam szybko się zwinąć do domu, ale udało mi się porobić trochę zdjęć i nakręcić kilka filmików. Oto jeden z nich, a w głównej roli - Naoki:



Kolejna wycieczka z Rotary jest wspominana przeze mnie bardzo dobrze. Nadchodzi kwiecień, a więc koniec wymiany jest tuż-tuż. W trakcie tripa podsumowującego cały nasz pobyt oglądaliśmy piękny ogród botaniczny wypełniony endemicznymi gatunkami motyli, jak i także mieliśmy zajęcia, które ciężko mi jest nazwać~ Integracyjne? Po prawie całym roku spedzonym razem? Cóż, w każdym razie wszyscy płakali, ja też płakałam. Świadomość, że za półtora miesiąca trzeba opuscić przyjaciół i wracać do kraju jest przytłączająca. Ale żeby nei było tak smutno, dodają zabawny filmik, gdzie Merlin prezentuje swój eksperyment:



Pod koniec kwietnia czekał nas konkurs na przemowę po chińsku, która miała zwieńczać całoroczny kurs tego języka. Trafił mi się temat "Moje doświadczenie z językiem chińskim". Strasznie się stresowałam i nie wypadłam do końca tak, jak chciałam, ale i tak jestem z siebie dumna :)

 

Przyszedł czerwiec i tym samym koniec roku szkolnego. Za kilkanaście dni był mój czas powrotu do kraju. Mimo ponurej aury, która bez wątpienia roztaczałam, pożegnanie nauczycielki, naszej kochanej Elly Chen, było dosyć radosne. Przygotowaliśmy dla niej wyjątkowy prezent.



Nadszedł starszny dzień trzeci lipca. Datę tę zapamiętam do końca życia. Oto moment, w którym musiałam opuścić swoją drugą ojczyznę. Mam nadzieję jeszcze kiedyś do niej wrócić. A raczej wiem, że tak się stanie.
Pozostańcie ze mną.

Pozdrawiam,
Xin-Yan He