czwartek, 24 kwietnia 2014

Tajwańskie jedzenie

Sama trochę się dziwię, że dopiero teraz biorę się za ten post. Wiele osób pyta mnie o tajwańską tudzież chińską kuchnię, a ja obiecuję zrobić na ten temat osobną notkę i w sumie zawsze się na obietnicy kończy~ Nie tym razem. W końcu znalazłam w sobie jakąś cząstkę samozaparcia i tak oto postanowiłam zaprezentować cały asortyment tajwańskich restauracji, sklepików i budek z jedzeniem.


Zacznę od mojego ulubionego dania:

Zhuabing (抓餅), czyli specjalny chiński naleśnik. Moja ulubiona wersja jest z jajkiem i serem, ten tutaj na zdjęciu zawiera tylko jajko i jest pokropiony sosem sojowym. Warto dodać, że to jeden z ulubionych przysmaków łajgłożenów i budki na ulicy sprzedające zhuabing przeważnie piorą na interesie niezłą forsę. Cena serowego z jajkiem: od 30 do 45 dolarów (3-4,50zł).


Jiaozi (餃子)




Ogólnie pojęte pierożki. Faktem jest, że w Tajwanie rodzajów pierogów jest w~ no, jest multum. Najpopularniejsze to chyba shuijiao (水餃) czyli pierożki gotowane na wodzie. Moje ulubione to te długie, smażone; w mojej opinii kwintesencja tajwańskiej kuchni. Istnieją również xiaolongbao (小籠包), co dosłownie oznacza „mały, smoczy pieróg”. Kocham Tajwańczyków za te ich nazwy. Cena jednego pierożka waha się od 5 do 8 dolarów (50-80 groszy).



A to jest rzecz bardzo ciekawa: Yidali mian (義大利麵), czyli~ spaghetti. Dodam, że spaghetti nie przypomina to ani w smaku, ani w wyglądzie. Taką oto tajwańską wersję włoskiej pasty sprzedaje większość ulicznych budek. Istnieje, oczywiście, możliwość konsumpcji prawdziwego spaghetti, ale tylko w drogich włoskich restauracjach (drogich, czyli trzeba zapłacić ponad 100 dolarów *około 10 zł*).





No i jakże mogłabym zapomnieć o moim kochanym douhua (豆花). Niestety, nie do końca wiem, jak przetłumaczyć tę nazwę na język polski; obawiam się, że takowej nie ma. W każdym razie jest to deser na bazie soi w formie zupki. Ale oczywiście z samej soi się to nie składa. Przeważnie dodaje się orzechy, pudding i grass jelly (oczywiście nie jest to trawa, to po prostu kolejna cudowna nazwa wymyślona przez Chińczyków). Częstym dodatkiem są też zhenzhu (珍珠) – „perełki”, takie same jak w bubble milk tea.



Ach, właśnie: zhenzhu naicha (珍珠奶茶)! Bubble milk tea, po polsku: herbata z perełkami a.k.a. bąbelkami. Słyszałam, że można ją zakupić nawet i w Polsce, ale wątpię, by była równie niezwykła co tajwańska (która jest ponoć najlepsza na świecie). Kubek ma mniej więcej 500 kalorii, ale warto się poświęcić dla tych kilku minut przyjemności. Bubble milk tea oczywiście ma wiele wariantów, można ją np. zamówić z mlekiem czekoladowym w miejscu zwykłego mleka czy wziąć białe bąbelki zamiast czarnych. Ja najbardziej lubię taką wersję: klasyczne bąbelki, pudding i grass jelly. W Coco (budka z napojami) sprzedają to bodaj po 40 dolarów (4 zł).



Komuś chipsy z nori?



Curry, jadane z ryżem lub makaronem. Ja jestem wegetarianką, więc zawsze wybieram wersję bezmięsną. Naprawdę smaczne, choć trochę ostre.







Tryliard rodzajów mleka i herbat (na samej grze mój faworyt: mleko z papai). Łatwo dostępne w każdym Seven Eleven (niewielki sklep, gdzie kupisz napoje, lody z maszyny, szampon, pakowany makaron, który na Twoje życzenie mogą ci podgrzać, podpaski, bilety na koncert, zabawkę dla dziecka, gazetę, mangę, film na DVD~).


Skoro już wspomnieliśmy o makaronach:





Zdjęcie na samym dole przedstawia ramen, po chińsku lamian (拉麵).

Najczęściej makarony jadam w Seven Eleven, prawie zawsze wybieram te z sosem orzechowym, który uwielbiam. Inna sprawa, że ze względu na wielkość porcji prawie nigdy nie jestem w stanie dojeść. Cena: 45 dolarów (4,50zł).


A to jest tajwańska piekarnia:





Ciasto panda <3


Uwielbiam tajwańskie pieczywo i ciasta i niewątpliwie będzie mi ich brakować po powrocie do Polski (sic!).


Kolejny popularny w Tajwanie deser:


Lody z mango.



To okrągłe, pomarańczowe coś to digua (地瓜): słodki ziemniak. Jak już się zapewne domyślacie, w smaku ziemniaka nie przypomina w najmniejszym stopniu. Nawet lubię, fajnie smakuje podany w postaci zupy (czyli słodki ziemniak ugotowany w wodzie z cukrem i podany w misce, zalaną ową wodą).


Więcej słodkości:


Pocky! Coś jak polskie paluszki, tyle że na słodko. Najczęściej w polewie truskawkowej lub czekoladowej. Przysmak prosto z Japonii. Uwielbiam. Cena zależna od firmy i wielkości opakowania, najczęściej jest to jakieś 20-30 dolarów (2-3zł).



Hondou tang (紅豆湯), zupa z czerwonej fasoli. Na słodko, chociaż raczej nie traktuje się jej jak deseru. Naprawdę bardzo lubię.



Jeśli jest zupa z czerwonej fasoli, to musi być też z zielonej! Po chińsku: ludou tang (綠豆湯).



A to jest coś, co po prostu ubóstwiam: taro. Po chińsku: yudou (芋豆). A konkretnie ciasto zrobione z taro. Trudno wytłumaczyć, co to taro, ale zastosowanie ma podobne do soi - można z niego zrobić niemal wszystko. Mnie najbardziej przypadły do gustu, oczywiście, desery.



Klasyczny lunxchbox. Wegetariańskie sety w mojej szkole chodzą po 40 dolarów (4zł) za lunchbox normalny, i 55 dolarów (5,50zł) za lunchbox z fake meat tj. warzywko, którego zadaniem jest wyglądać i smakować jak mięso.



Moja druga z kolei ulubiona potrawa:


Baozi. Coś jak duża pyza z warzywami i grzybami w środku (w wersji wegetariańskiej oczywiście). Mnie wystarczą 3-4 sztuki, żeby się najeść do syta. Cena jednego: najczęściej 12 dolarów (1,20zł). 



Makaroniki! Wiem, że można je też dostać w niektórych państwach europejskich, jednak nie w Polsce. Strasznie podoba mi się to, że makaronik można kupić w dowolnym kolorze, kiedyś widziałam nawet niebieskie.



To jest amerykańska pizza toffi z pianką, której miałam okazję spróbować w tajwańskim Pizza Hut.


Na koniec zostawiłam coś wyjątkowego:


Są to JAJKA. Gotowane na twardo tak długo, że się kurczą do rozmiarów kulki o promieniu dwóch centymetrów. Zastanawiam się, kto w sumie to kupuje, osobiście nie wyobrażam sobie włożyć coś takiego do ust.


To tyle, dziękuję za czytanie i pozdrawiam.
Xin-Yan He

11 komentarzy:

  1. Ola :D Ty to wszytko zjadasz??? Jestem pełna podziwu...
    To niby spaghetti za dychę jest równie smaczne jak to za piątaka i pizza oraz zapiekanki po tajwańsku, oraz ichni niesamowity chleb (mmmm... pyszooota). Ogólnie dobre żarcie europejskie jest w knajpach europejskich i prowadzonych przez Europejczyków dla Europejczyków, bo to jak Tajwańczyk potrafi potraktować normalny przepis na cokolwiek może kiedyś stać się zarzewiem wojny np tajwańsko-włoskiej kiedy jakiś Sycylijczyk spróbuje "makaronu po włosku" i ktoś mu niebacznie wyjaśni, że to spaghetti...
    Uważaj na papaya milk, bo jest dobre na porost biustu... :D A herbatę z kulkami da się kupić w PL, w większych miastach na pewno, i oprócz jakichś mutantów z kolorowymi kuleczkami można nabyć i taką tradycyjną, wg chińskiej receptury, bo w kraju sporo Chińczyków zwietrzyło w tym biznes. Tylko ceny nie tajwańskie niestety, bo to napój hipsterski, taka kawa z logo Starbucks dla licealistów.


    Mi też będzie brakować tajwańskiego żarcia, zwłaszcza lodów z mango. Ale takich z prawdziwym mango a nie mrożonych wyrobów mangopodobnych, sezon już niebawem. Najpierw się dziwiłam, czym ci ludzie się tak podniecają, że mango season i w ogóle... A po miesiącu konsumpcji wyrobów ze świeżego mango pisałam zażalenie do menagera knajpy, żeby zmienili dostawcę, bo ostatnio się im pogorszyła jakość :D I był to mój pierwszy oficjalny list po chińsku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj no, przecież to oczywiste, ze jem więcej niż w Polsce :D Najbardziej rozwala mnie moja obecna host mama, która zawsze gotuje takie ilości, że nie ma bata, po prostu NIE DA SIĘ dojeść do końca, na co ona zawsze "man man chi...". NO KURDE.

      Widziałam ceny tych Bubble Milk Tea. W moim mieście otworzyli budkę w jednej z galerii. Cena: około 10 zł. To ja podziękuję :D Mam taki pomysł, żeby nauczyć się przygotowywać na własną rękę. Najbardziej skomplikowane wydają się być do przyrządzenia te zhenzhu.

      Usuń
  2. Bubble tea, pocky i makaroniki mozna dostac w Polsce. W tym bubble tea jest nawet w plazie w Lublinie. Reszta nie wiem, nie patrzylam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem co z tym pocky wiem tyle, że Mikado robi, aczkolwiek różni się trochę od tradycyjnego japońskiego pocky. Nie wiem, nie potrafię tego wytłumaczyć, smak jest po prostu nieco inny. No i cena też niezbyt atrakcyjna :P Makaroników w Lublinie nie widziałam, niestety...

      Usuń
  3. Ola, makaroniki, tylko w normalnych a nie radioaktywnych kolorach - to ja znam jeszcze z czasów siemiężnego dzieciństwa na przełomie epoki socjalizmu i "wolności". Takie ciastka znaczy: http://pl.wikipedia.org/wiki/Makaroniki .
    Moje ulubione orzechowe :D

    Pocky -prawdziwe z etykietką Pocky też miałam w rękach w Krakowie, ale jako stara kutwa nie zdecydowałam się na wywalenie dychacza na paluszki w czekoladzie. Glbalizacja, niedługo nie będzie o czym pisać bo wszelkie unikatowe produkty będą w Polandii we wsiowym GS nawet :( Bedę się musiała wtedy przerzucić na bloga kulinarnego albo - o zgrozo- paznokciowego

    Zhenzu da się zrobić banalnie prosto, trzeba tylko cieprliwości bo długo się je gotuje żeby były całe miękkie. Pisałam o tym tak z rok temu, nawet na onecie było chwilę (się pochwalę). W każdym markecie kupisz takie kaszowate zhenzhu na surowo, potem trzeba je gotować parę godzin mieszając żeby się nie przypaliły (chociaż ja bym pewnie kombinowała z szybkowarem i innymi wynalazkami jako samozwańcza córka McGyvera)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ola, to man man chi, man man zou ma znaczenie przeciwne do wynikającego z łopatologicznego rozumienia sprawy :D

    Jeszcze jedno ważne - choć może ci zrujnować podstawę światopoglądu...
    Man man chi miałoby jakoby znaczyć żebyś sobie jadła powolutku, nie spieszyła się...
    Widziałaś Tajwańczyka jedzącego powolutku? No chyba jak ma ręce połamane albo jest uwiązany do krzesła. Mama taktownie po tajwańsku sugeruje ci ... żebyś już skończyła to obżeranie się... Tu w dobrym tonie jest zostawienie na talerzu "resztek", że niby nie możesz dopchac więcej, jak ładnie po polsku wymieciesz talerz, to ci dowalą dokładkę - żeś głodna.

    Man man zou - czyli idź powoli, też wcale nie oznacza żebyś "tejk jor tajm" tylko żebyś wrzucała skoki bo nas czas goni :D Mam całego posta na ten temat, ale publikować go będę pod koniec maja, więc ci streszczam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do tego "man man chi" - mówię mamie "mamo, mam dość, proszę, pozwól odejść mi od stołu" i ona wtedy z tym tekstem wyskakuje... Nie rozumiem tego już... Nie zgodzę się z tym zostawianiem resztek, zawsze mi się wypomina, że mam "wyczyścić talerz", nawet jeśli mówię, że już nie chcę, bo po prostu braknie mi miejsca w żołądku. W kółko słyszę "buyao lanfei", więc wydaje mi się, że właśnie nie oznacza to, że mam zostawić resztki.

      Usuń
  5. No tak, "nie wolno marnować..." - czyli Twoja host mama ze wsi pochodzi, bo bogole z miasta opanowali ostentacyjne afiszowanie się z niedojedzoną zawartością talerza. Tak upraszczając dosyć znacznie.
    Zależy gdzie trafisz, jak byłam na randce z Tajwańczykiem, to co miałam talerzyk wyglądający na pustawy to mi kelner dokładał... Mi brzuszek trzeszczał w szwach, w głowie babcia groziła palcem - że dzieci w Afryce głodują, zawartość talerza taka apetyczna... oczy by chciały lecz dupka nie zmieści, makabra - a ja kocham jeść.
    Generalnie to "man man cośtam" to cała konstrukcja gramatyczna jest, mogę ci foto z mego podręcznika wysłać - chyba że się uczysz z Far East Chinese, to podam ci stronę, i może mieć znaczenie dosłowne oraz - jak to w chińskim , z pięćset innych. zaiste, jakbym czasem dorwała tego Konfucjusza i innych filozofów gramatyków, to bym im rowy kazała kopac jak cierpią na brak czasu, a nie komplikować życie biednym adeptom chińszczyzny poprzez wymyslanie tak pogiętyh konstrukcji gramatycznych, że tylko Chińczyk je ogarnia.

    OdpowiedzUsuń
  6. Aha, jeszcze jedno, ostatnie zdjęcie...

    te jajka są takie małe bo to przepiórcze. Quail eggs

    I nie są złe. Pośród wszytskich obrzydliwych, niesmacznych, pełnych rakotwórczych substancji i GMO, zniewazonych cukrem kotletów drobiowych, frytek ze słodkich ziemniaków, kulek rybnych i innych niespecjalnie kochanych przez moje kubki smakowe frykasów - te jajka są dobre, zwłaszcza te z chilli. No może troszkę wonieją, ale czym jest smrodek z jajeczka wobec ozywczej woni kanału przed burzą.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wiesz co? A ja jestem ciekawa tych jajek, wiem dziwna jestem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podziwiam. Ja się nie odważyłam :D AZ

      Usuń