piątek, 4 kwietnia 2014

Sierpień - Miesiąc Duchów

Chcąc nie chcąc, muszę przyznać, że ostatnio stałam się dosyć narcystyczna i pisałam tylko i wyłącznie o sobie, swoich znajomych i wycieczkach, a blog został przecież założony w celu przybliżenia polskim bloggerom kultury chińskiej oraz japońskiej. Postanowiłam się więcej zrehabilitować i tak oto powstała dzisiejsza notka, która poświęcona jest w stu procentach Miesiącowi Duchów.

W kulturze zachodniej mamy coś takiego jak Halloween, które być może nie gra aż tak istotnej roli w Polsce, niemniej jednak w Europie Zachodniej i Ameryce przebieranie się 31 dnia października za potwory w celu odstraszenia śmierci stało się już właściwie tradycją. W Tajwanie, Chinach, Hong Kongu, Singapurze, Wietnamie, Malezji oraz Japonii duchom poświęca się calusieńki miesiąc – dokładnie sierpień. I tak oto na malutką wysepkę u podnóży Chin przyleciałam w połowie festiwalu, bo 17 sierpnia; była to dla mnie pierwsza szansa doświadczenia całkiem obcej mi kultury (oczywiście później wzięłam udział w jeszcze wielu, wielu przeróżnych festiwalach jak na przykład Święcie Księżyca opisanym częściowo TUTAJ). Na czym więc konkretnie polega Miesiąc Duchów? Już wyjaśniam.

Sierpień jest miesiącem, w którym duchy, a więc złe zjawy zmarłych przodków, stają się wyjątkowo dokuczliwe, a tym samym niebezpieczne dla wciąż żywych. Tak, spora część Tajwańczyków, zwłaszcza tych w średnim wieku i starszych (młodzież – jak to wiadomo – często jest „zbuntowana” i coraz częściej deklaruje ateizm), wierzy w to, że dusza człowieka po śmierci dalej egzystuje w zaświatach, jednak istnieje możliwość, ze zechce powrócić do świata żywych – z tymże, oczywiście, pod postacią zjawy. Dlatego też została opracowana specjalna strategia tego, jak uniknąć konfrontacji z duchami. Zasad tych należy przestrzegać przez calusieńki okres sierpnia. Dodam, że do Miesiąca Duchów podchodzi się bardzo serio, nie jest to tak skomercjalizowane święto jak na zachodzie Halloween – tutaj dość istotną rolę autentycznie gra religia (buddyzm).

Co do „zasad”. Oto lista rzeczy, których NIE WOLNO robić w trakcie Miesiąca Duchów:
1.       Nie wywieszaj w nocy prania. Duchy lubią wilgoć i może im strzelić do głowy zamieszkać na przykład w mokrym prześcieradle. A jak już zagnieżdżą się gdzieś na dobre, to bardzo trudno się ich pozbyć. O ile nie chcesz mieszkać pod jednym dachem ze zjawami (a zakładam, że nie jest to takie fajne, jak brzmi), to po prostu korzystaj jak najwięcej z dnia.

2.       Unikaj gwizdania. Może to przyciągnąć uwagę duchów.

3.       Nie żegnaj się z nikim, będąc na pogrzebie. Po chińsku „żegnaj” to zwyczajnie „zai jian”, co oznacza dosłownie „zobaczymy się ponownie”. Istnieje ryzyko, że duch zmarłego, usłyszawszy tę frazę, weźmie ją sobie głęboko do serca i zacznie Cię odwiedzać (a więc z Twojego punktu widzenia – nawiedzać), bo przecież wyraziłeś nadzieję, że to nie Wasze ostatnie spotkanie. Chyba nikt nie chce być nawiedzany, prawda? Tak więc – zero słów pożegnań na pogrzebach, a najlepiej to w ogóle unikać pogrzebów.

4.       Nie wybieraj się na przechadzkę brzegiem rzeki. Jest niemal pewne, że duch będzie tam Ciebie oczekiwał (w końcu duchy lubią wilgoć, nie?). A jak już staniesz z nim oko w oko, to może zechcieć „pobawić się z Tobą” i na przykład wciągnie Cię pod wodę. Z tego samego powodu warto też na ten miesiąc zapomnieć o kąpaniu się w wannie (ale większość Tajwańczyków i tak preferuje prysznic, więc to nie aż taka ważna zasada, żeby wyodrębnić ją w osobnym punkcie).

5.       Pod żadnym pozorem nie zdmuchuj świec ołtarzowych. Do ich ugaszenia użyj mokrych palców lub czegokolwiek innego. Świece symbolizują ciało ducha, więc to tak, jakbyś dmuchał mu prosto w twarz, a coś takiego wkurzyłoby chyba każdego.

6.       Bardzo ważny punkt: Nie chodź na czubkach palców! Niby to nic wielkiego, ale przecież w ten sposób poruszają się duchy. Naśladowanie ich chodu to jak wywoływanie wilka z lasu; lepiej po prostu, na wszelki wypadek, tego unikać.

Oczywiście poza zakazami istnieje jeszcze wiele nakazów, jednak w pamięć zapadły mi jedynie dwie rzeczy. Po pierwsze, modląc się do przodków, należy zostawić na ołtarzu jedzenie. Oczywiście jest one przeznaczone dla duchów. Czyn ten ma je w pewien sposób udobruchać i  odwieść od pomysłu złożenia niezapowiedzianej wizyty wciąż żyjącym potomkom. Kolejna sprawa to palenie kartek duchowych, które pełnią funkcję „piekielnych banknotów”. Chodzi o to, że duchy po śmierci są poddawane sądowi ostatecznemu i dopiero wówczas trafiają do nieba albo do piekła. Tajwańczycy wierzą, że aby mogło się to dokonać, duchy muszą dysponować gotówką, stąd też dochodzi do palenia piekielnych banknotów.

Na dzisiaj to wszystko. Jak zwykle dziękuję za czytanie i zachęcam do dalszego śledzenia bloga. W następnej notce dokładny opis tego, w jaki sposób spędziłam Nowy Rok - między innymi z dziadkami-Japończykami.

Pozdrawiam,
Xin-Yan He

7 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to kłamcy! Mnie powiedzieli, że sierpień :D I na własne oczy widziałam, jak palili te banknoty, i było to właśnie w sierpniu.

      Jutro niestety nie planuję niczego z rodzinką, znajomy Japończyk ma urodziny i jedziemy na plażę wspólnie świętować.

      Usuń
    2. Usunęłam omyłkowo poprzedni komentarz.

      Miesiąc Duchów w każdym razie wypada w SIÓDMYM miesiącu księżycowym, a to w przełożeniu na nasz kalendarz daje sporą rozpiętość, od lipca po wrzesień - w zależności od tego, kiedy obchodzono Chiński Nowy Rok.
      Można to tłumaczyć przez analogię z polskimi świętami Wielkanocy, które mogą przypadać od końca marca do niemal maja

      Usuń
  2. O pomyłkę łatwo, zwłaszcza nam, tempym szczałom z Europy, co dorobili się tylko jednego kalendarza... (dla porównania, Tajwańczyk używa trzech. I nie mówię tu o ściennym, notesowym i w komórce - tylko o trzech systemach zapisu jednej daty)

    Bo w zeszłym roku część Miesiąca Duchów wypadała w sierpniu :D To raz.

    Bo po chińsku sierpień (ósmy miesiąc solarny) nazywa się dokładnie tak samo jak ósmy miesiąc lunarny - czyli.... ósmy miesiąc. Co ci będą zwile tłumaczyć, jak pewnie i tak nie zrozumiesz, albo co, bo te łajgłorzeny to ogólnie jakieś dziwne są.

    Masz pewnie książeczkę-planer, czyli taki kalendarzyk kieszonkowy? Powinny w nim być dni, i jeżeli masz statystyczny przykładowy kapownik tajwański, to daty będą dla jednego dnia - dwie. Jedna u góry, solarna (czyli piąty kwietnia), druga u dołu - lunarna (czyli powiedzmy dwudziesty piąty dzień trzeciego miesiąca).

    te wszytskie siupy z fajerwerkami co dwa tygodnie, paleniem papierków w koksownikach i ołtarzykami przed każdą działalnością biznesową wystawianymi co dwa tygodnie około południa - to też w związku z kalendarzem księżycowym.

    A co do jakichkolwiek wyjaśnień robionych przez Tajwańczyka- sprawdzaj w pięciu innych źródłach. Bo Tajwańczykowi przez gardło nie przejdzie "nie wiem", i będzie plótł bzdury, ściemniał, konfabulował, mówił co mu się zdaje - aby tylko nie wyjść na leniwego głupka. A my, łajgłorzeny, nauczone otwartego przyznawiania się do niewiedzy i odsyłania do innych źródeł, łykamy kit jak młode pelikany :D

    Wpadnij do mnie na blog po niedzieli - będzie post o duchach i Święcie Zamiatania Grobów, ze zdjęciami owych grobów (za co tutejsze duchy zapewne mają mnie na liście wrednych świętokradców)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ósmy miesiąc - to dlatego nie zrozumiałam! Bo jestem "exchange student", więc oczywiście wszystko tłumaczą mi po chińsku, huh. Dziękuję za sprostowanie. BTW co do tej prawdomówności już daaaawno temu zdałam sobie sprawę, gdy zatrzymałam jakiegoś Tajwańczyka z pytaniem, jak dojść do Shin Kong Mitsukoshi (to taki department store w Tianmu), i oczywiście mi wytłumaczył, ale jak podążałam jego wskazówkami i Shin Kong dalej widać nie było, zatrzymałam kolejnego skośnego i co się okazało? Że to dokładnie w drugą stronę :)

      Ano wpadnę. Nie zostawiam zazwyczaj żadnych komentarzy, bo jestem leniwą łajgłożenką, której w ciągu ostatnich kilku miesięcy najpoważniejszą misją było obżeranie się jak świnia, ale mimo to uważnie śledzę Twojego bloga i nadziwić się nie mogę, JAK MOŻNA MIEĆ TAKĄ LEKKOŚĆ PIÓRA I DO TEGO PISAĆ Z DOWCIPEM. Naprawdę Cię podziwiam.

      Usuń
  3. :D Dziękuję za komplement :D

    A co do jedzenia... Mi podczas pierwszego pobytu przybyło- bagatelka - jakieś 10 kilo. W ciągu semestru! Normalnie wróciłam z zadem dwa razy szerszym niż przed wyjazdem, i to co gorsza w przededniu mrozów stulecia (trzy lata temu, więc o odzianiu się w ciepłe ciuchy mogłam zapomnieć...). Teraz na przemian nabieram masy (Tajwan) i wracam to formy (wakacje i ferie w Europie). Szczęśliwie - idzie mi głównie w biust :D I oby taka tendencja się utrzymała...

    Siedzę nad wpisem o zaduszkach. Lepsze to niż zmodzenie kolejnego, cotygodniowego wykładu z PPT o "celebrowaniu urodzin po europejsku" i ćwiczenie poprawnej przemowy do tegoż PPT. Znów wymodzę coś, co wprawi nauczycielkę w niezłe osłupienie :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Woow super post. to jest na prawdę niesamowicie interesujące!! Szkoda, ze nie zauważyłam niczego takiego w Tajlandii..

    OdpowiedzUsuń