niedziela, 16 lutego 2014

Destination: Hualian!

– Z drogi, ludzie, jedzie Holender na haju!!! – drze się wniebogłosy Merlin, jak wariat wykręcając na wszystkie strony kierownicą naszego czteroosobowego roweru. Jego czarna czapka z daszkiem niemal spada mu z głowy, tym samym odkrywając niezbyt udane dzieło jednego z tajwańskich fryzjerów (prawdopodobnie to ten z ligi tych proponujących ścięcie za sto dolarów tajwańskich, czyli tyle co nic), jednak gość zdaje się mieć to kompletnie gdzieś.
 – Powiedziałbym raczej, że stuknięty, a nie na haju – poprawia go Brandon, siedzący obok niego na przednim siedzeniu. Nagły wstrząs spowodował, że właśnie wypadła mu z ręki butelka wody i została w tyle, daleko za nami.
 – Daj spokój, stary, jeszcze nigdy tak bardzo nie tęskniłem do dżointów, muszę dać upust emocjom!
 – Kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby to Merlin prowadził? – oświadcza pretensjonalnym tonem Emma, Australijka, która przyleciała na Tajwan zaledwie dwa dni temu, aby to w przyszłym roku, w styczniu, zakończyć program wymiany rotariańskiej. Jej przygoda dopiero się rozpoczyna. Moja trwa od pięciu miesięcy. Tak, to już pięć miesięcy mieszkam na tej wyspie.
 – Ja wiedziałam, że tak będzie, ale już nic nie chciałam mówić – stwierdzam, wzdychając ciężko. Definitywnie jest to najbardziej nieprzewidywalna podróż ze wszystkich, jakie kiedykolwiek miałam.

Ale może najlepiej będzie, gdy zacznę od początku. Pierwszego stycznia zmieniłam host rodzinę. Trochę zawiodłam się na Hunterach, ostatecznie nie powiedzieli mi nawet do widzenia, tylko odwieźli prosto do nowego domu, wyszli niby to na chwilkę „coś zobaczyć”, a potem się okazało, że zwinęli manatki i wrócili do Tianmu, naszej dzielnicy. No przykre. Moi nowi hości: mama i tata. Zero rodzeństwa. A właściwie to mam starszego brata, ale wyjechał gdzieśtam na studia. Trochę przerażający jest fakt, że mama, która jest zresztą Japonką, potrafi mówić tylko po chińsku i w swoim ojczystym języku, tata zaś jedynie po chińsku, jednocześnie udając, że zna angielski, a w rzeczywistości umie wymamrotać parę zwrotów. Dziwne, jest lekarzem, wydawało mi się, że coś będzie rozumiał~ Chociaż z drugiej strony dzięki temu szybciej będę się uczyć mandaryńskiego, tak mi się zdaje. Mój nowy dom znajduję się tuż obok Taipower Bulding (po chińsku: 台電大樓 Taidian Dalou) przy zielonej linii metra. Oznacza to, że do szkoły językowej mam dwa przystanki, zaś do liceum~ ze czternaście? Ajć, trochę kasy na przejazdy pójdzie.

Przed paroma dniami stało się to, o czym miałam świadomość od samego początku, jeszcze w sierpniu, ale jakoś nie dopuszczałam tego do swojego umysłu – wymiana Ketishy dobiegła końca i ta musiała wrócić do Australii. Nie byłam z nią specjalnie zżyta, ale mimo wszystko Tea była moim mentalnym wsparciem. Bez niej czuję się trochę jak dziecko bez matki. A raczej dziecko bez matki, które samo zostało matką; bo wraz z wyjazdem Tea i Emily, drugiej Australijki, w naszym dystrykcie zawitali nowi wymieńcy: Chris, Alexandra, Lisa oraz Emma. Tak się złożyło, że ta ostatnia wylądowała w Zhong Zheng, będzie więc moją znajomą ze szkoły, zaś Lisa trafiła do mojego klubu Rotary, E-Club Midtown. A więc jest nas teraz w sumie czworo – ja, Naoki, Lisa oraz Augusta, Dunka, która dopiero od niedawna zaczęła udzielać się w klubie. Gdy tak sobie myślę, że jestem dokładnie w połowie mojej wymiany, to przechodzą mnie ciarki.

W połowie stycznia rozpoczyna się okres Chińskiego Nowego Roku, w związku z czym mam miesiąc wolnego od szkoły. Rotarianie zabierają nas na kolejną, tym razem aż trzydniową wycieczkę, której destynacją ostateczną ma być Hualian (花蓮). Będziemy oglądać skałki i poznawać kulturę tubylców. Zawitamy także w tradycyjnych gorących źródłach, ale, choroba by to wzięła, i tak nie skorzystam z powodu pewnego kobiecego problemu. Ja to mam szczęście, kurde.

Aby dostać się do Hualian, musimy złapać tramwaj. Przeprawa zajmuje jakieś trzy godziny, w tym czasie siedzę sobie samotnie, czytając z nudów jakieś znalezione pod siedzeniem chińskie poradniki dla młodych matek, z których i tak nic nie rozumiem, ale w końcu dochodzę do wniosku, że nie od razu Tajpej zbudowano. Następnie następuje zmiana środka transportu na autokar – i tu zaczyna się zabawa. Na drogę dostajemy od jakże miłosiernych Rotarian kilkanaście pudełek Oreo o smakach, o których nigdy nawet nie słyszałam, takich jak na przykład lody jagodowe. No cóż, delektujemy się więc ciasteczkami made in China. Nagle na środek autobusu wychodzi około trzydziestoletni Chińczyk ubrany jak typowy turysta: czapka na głowie, plecak, spodnie do kolan, aparat.
 Dajia hao! Wode mingzi shi Allen, wo zhi yao gaosu nimen women jintian yiqi qu kan hen duo difang! (Witam wszystkich! Moje imię to Allen, chcę wam tylko powiedzieć, że dzisiaj wspólnie pojedziemy obejrzeć wiele miejsc!) – wykrzykuje entuzjastycznie w mikrofon, uśmiechając się od ucha do ucha i wymachując rękami niczym podekscytowana uczennica gimnazjum. Z tyłu autokaru wybucha mały gwar.
 – Ekhem, angielski, poproszę? – proponuje nieśmiało Bermy-All-Day, zawijając się we fladze swojego kraju. Wygląda na przygaszonego.
 A, duibuqi, wode yinwen shuo de bu tai hao! Keshi tingshuo nimen lai Taiwan xue zhongwen, suoyi wo juede women bu yingai you wenti! (Ach, przepraszam, nie mówię za dobrze po angielsku! Ale słyszałem, że przyjechaliście do Tajwanu uczyć się chińskiego, więc myślę, że nie powinniśmy mieć problemu!)

Aha, czyli w skrócie – dostaliśmy chińskojęzycznego przewodnika. Jak dla mnie najs, ale szczerze to trochę się obawiam, że w takim razie z wycieczki nie wyniosę nic. Mój chiński się stanowczo poprawił, ale czy na tyle, żeby zrozumieć opowieści o skałkach i rzekach przepływających przez miasta? Tak sobie kontemplując, przegryzam dziesiąte Oreo, tym razem o smaku truskawkowym. Co prawda przysięgłam sobie, że już nigdy więcej nie tknę tych ciastek, kiedy jeszcze będąc w Polsce, kupiwszy paczkę, otworzyłam jedno i okazało się, że w środku na tym puszystym, białym kremie znajdował się zasuszony pająk. No ale cóż – Tajwan zmienia mentalnie każdego łajgłożena i jego nastawienie do pewnych spraw.

Do hotelu dojeżdżamy wczesną nocą, ale nie zostajemy tam na długo; pierwszy wieczór ma być dość lekki, więc Rotarianie machają na nas ręką i na zasadzie „róbta, co chceta” puszczają wolno do lokalnego nocnego targu. I tak po pięciomiesięcznych poszukiwaniach udaje mi się nareszcie kupić tradycyjny chiński kapelusz za całe siedemdziesiąt pięć dolarów, a więc niecałe osiem złociszy. Ci, którym tajwańskie night markets już się znudziły, wędrują w stronę gorących źródeł. Woda zawiera związki siarki, więc chyba nie muszę opisywać zapachu wydobywającego się z miejsca przeznaczonego do kąpieli. Zdradzę jedynie, że nie jest zbyt~ hmm, ujmujący.

Dnia drugiego postanawiam zostawić po sobie wrażenie „zwiewnej, oszałamiającej Polki”, toteż przywdziewam swoją najsłodszą, jaką mam, pudroworóżową sukienkę w stylu gyaru, a do tego dorzucam białe buciki z kokardkami oraz zakolanówki w tym samym kolorze – efekt piorunujący. I tak, już po śniadaniu, dumnie kroczę w stronę autokaru; pierwszą osobą, która do mnie podchodzi, jest Allen.
 Jinsede toufa de nyusheng! Zao an! (Złotowłosa dziewczynko! Dzień dobry!)
 Zao~ Allen, ni zhidao, wo jiao Aleksandra (Dobry~ Allen, wiesz, nazywam się Aleksandra) – witam się szybko, przy okazji podając swoje imię, bo mimo wszystko „złotowłosa dziewczynka” brzmi jak dla mnie trochę dziwnie. Allen, złapawszy się za głowę, wybałusza na mnie oczy.
 Qing zai shuo yici? (Możesz powiedzieć jeszcze raz?) – wypala w końcu po upływie dwudziestu sekund. Żadna to dla mnie niespodzianka, już dawno przyzwyczaiłam się do faktu, że niemal żaden Chińczyk nie potrafi wymówić zlepki „ks”.
 Zhongwende mingzi shi Xin-Yan (Chińskie imię to Xin-Yan) – orzekam nieśmiało, unoszę głowę w stronę bezchmurnego nieba. – Wa, jintiande tianqi feichang hao! Hen qinglang! (Łał, piękna dziś pogoda! Tak słonecznie!)
 Hen qinglang, ne! Lixiangde tianqi yao pa shan. Women hen xinyun a! (Słonecznie, no nie? Idealna pogoda, żeby iść w góry. My to mamy szczęście!)
Dopiero po kilku chwilach zdaje sobie sprawę z sensu tej wypowiedzi.
 Women~ jintian~ pa shan~ ma? (To my~ dzisiaj ~ idziemy~ w góry?) – pytam drżącym głosem, kierując przerażony wzrok na swoje śnieżnobiałe buty.
 Dui a! Women yao pa shan kan wode mimide difang! Nali you pubu! (Zgadza się! Idziemy w góry obejrzeć moje własne sekretne miejsce! Jest tam wodospad!) – wykrzykuje entuzjastycznie, unosząc kciuki do góry. Robi mi się czarno przed oczami. Allen uśmiecha się nadal, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy z mojej nagłej zmiany nastroju. – Hei, jintian ni kanqilai hen piaoliang a! Xiang gongzhu! (Hej, pięknie dzisiaj wyglądasz! Jak księżniczka!)
 – Jasne – mamroczę pod nosem po angielsku, czując, jak łzy napływają mi do oczu. Moje biedne buciki!!!

Na szczęście na miejscu okazuje się, że ścieżka prowadząca w góry złożona jest w dziewięćdziesięciu procentach z drewnianych schodów, więc moje obuwie nie ucierpi na tym zbytnio. Zgodnie z tym, co mówił Allen, na górze widoki wspaniałe. Nic tylko robić zdjęcia.













 
Po powrocie do autokaru rzucam się wymordowana na siedzenie i szybko otwieram paczkę czekoladowych Oreo. Truskawkowe i o smaku lodów jagodowych już zdążyły mi się przejeść, a czuję, że jak czegoś zaraz nie zjem, to chyba skonam.

Allen zaczyna cośtam gadać po mandaryńsku, wtrącając co jakiś czas jakieś angielskie słówko typu „amazing” czy „beautiful”. O ile dobrze zrozumiałam, jedziemy teraz do pewnego parku poobserwować małpy. W rzeczy samej w tej chwili serce Xin-Yan nie posiada się z radości, gdyż ta nie pamięta, by kiedykolwiek widziała na oczy któregoś z naczelnych. Na twarzy pojawia mi się zatem tak zwany banan.
 – Hej – słyszę ponad głową. To Alex, Australijka, odwróciła się do mnie i zawisła nad moją osobą niczym duch. Burza rudych włosów rozsypuje się po całym siedzeniu, dając dosyć ciekawy efekt. Jej piegowata twarz wygląda bardzo przyjaźnie, ale też i nieco~ zwariowanie. Trochę jak u Szalonego Kapelusznika. – Twoim zdaniem Oreo to biscuit czy cookie?
 – Oreo to Oreo – odpowiadam po krótkim namyśle. – Ale gdybym miała zdecydować~ Pomimo tego, że pasuje powiedzieć cookie, to jednak w szkole uczono mnie biscuit.
Kąciki ust Alex drgają lekko. Odwraca głowę i z zagadkowym uśmiechem szepcze „a nie mówiłam?”. Chwilę później słyszę głośne westchnięcie i w tej samej chwili spod loków Alex wygrzebuje się twarz Bena.
 – Bo w Brytanii to tak się mówi~ W Stanach ciastko to zawsze bezwarunkowo jest cookie.
 – Wiesz, Benjamin – zaczyna pewnym siebie tonem Alex, bawiąc się włosami – ja nie jestem Brytyjką.
 – Ale wy, Australijczycy, jesteście byłą kolonią brytyjską. Na to samo wychodzi.
 – W każdym razie, Aleksandro – zmienia temat ruda, rzucając mi coś na kolana – masz od nas gratisową paczkę Oreo. Smacznego.

I odwracają się. Drżącą ręką podnoszę ogromne opakowanie Oreo. W głowie rodzi mi się myśl, że po tej wycieczce najprawdopodobniej będę ważyła ze dwa kilo więcej. Ale jak to kiedyś powiedział Pan Japonia: „Jeśli w trakcie wymiany nie przybędzie ci na wadze ani jeden kilogram, to znaczy, że nie była ona udana”. Tyle że Naoki, zdaje się, przytył już pięć kilo. Nie widzi mi się do niego dołączać!

Rozerwana emocjonalnie, otwieram paczkę ciasteczek. Smak: lody pomarańczowe.

Nie mija nawet dwadzieścia minut, a ja ponownie wkurzona sapię i ocieram pot z czoła, wdrapując się na kolejną górę. Po drodze mam okazję popodziwiać niezwykłą florę tego miejsca – czasem staję nawet, żeby móc przegrzebać się przez chaszcze i podotykać płatki niektórych tak apetycznie wyglądających kwiatów, że po prostu nie da się im oprzeć. Park małpi, o którym mówił Allen, okazuje się być na samym SZCZYCIE. No cholera by to wzięła, czemu nie powiedzieli tego dzień wcześniej, co był mogła ubrać się w coś normalnego? Ściskam pięści ze złości i czuję się, jakbym miała ochotę kogoś zabić, do czasu, aż przy drodze głównej dostrzegam ostrzeżenie dla wędrowców i wtem zdenerwowanie moje zamienia się w przerażenie. Nie rozumiem ani słowa z tego, co napisano po mandaryńsku, ale obrazek nad tekstem jest dosyć wymowny.


Trujące rośliny?!

Starając się przypomnieć sobie wszystkie kwiatki, które do tej pory otarły się o moje nogi, dokładnie badam stan swoich kostek, łydek i kolan w poszukiwaniu najmniejszych oznak poparzenia, wysypki albo innego świństwa. Cała grupa zdążyła już mnie minąć; poza jedną jedyną Lisą, która stoi dwa metry ode mnie i tak przypatruje mi się przez jakiś czas z kamiennym wyrazem twarzy, aż w końcu decyduje się zapytać, co takiego robię.
 – Widziałaś tamten znak? – Tu wskazuję ręką na ostrzeżenie o trujących roślinach. – Do tej pory zdążyłam zahaczyć nogą chyba o trzydzieści roślin, których nigdy wcześniej na oczy nie widziałam.
 – Normalka, przecież i tak masz na sobie skarpetki – stwierdza Lisa, wzruszając ramionami, jak gdyby to było nic. – Raz w Australii leżę sobie u siebie w łóżku i nagle widzę, jak zza szafy wyłazi na ścianę pająk o długości jakichś ośmiu centymetrów~
 – Bo to Australia! – wtrącam, parskając. – Tam wszystko chce cię zabić! Ale żeby Tajwan? – jęczę, dając sobie ostatecznie spokój i z powrotem naciągając na nogi zakolanówki. Spoglądam na Lisę. Coś mi nie pasuje w jej wyglądzie. Nie jest zbyt~ hmm, „australijski”.
 – Lisa, jesteś Azjatką. Masz krewnych z zagranicy, prawda?
Dziewczyna skina głową.
 – Moi rodzice są Japończykami. Sama też urodziłam się w Japonii, ale gdy miałam cztery lata, przeprowadziliśmy się do Australii. Właściwie – dodaje, unosząc głowę pewnym ruchem; na jej twarzy w końcu widzę jakieś oznaki emocji – to moje prawdziwe imię to Risa. Ale przywykłam już do Lisy.
 – Miło cię poznać, Lisa. Będziemy razem w klubie, wiesz?

I tak miło mija nam czas, gdy wspólnie wdrapujemy się na górę. Słońce praży, z lasu na szczycie dochodzą jakieś nieludzkie głosy~ Tak, to małpy! Niestety, po dotarciu do celu wychodzi na jaw, że my, łajgłożeni, byliśmy zbyt głośno, toteż wszystkie naczelne się pochowały, w skutek czego nic sobie tego dnia nie obejrzymy. Brawo.

W autokarze czekają na nas sławne ciasteczka Oreo. Zajadam się dalej tymi o smaku lodów pomarańczowych, gdy nagle w oczy rzuca mi się jedna rzecz~ Olbrzymi napis "Chocolate Sandwich Cookies". A więc zagadka "biscuit-cookie"rozwiązana.

Ostatni dzień spędzamy w Zoo. Tutaj nie mam za bardzo o czym gadać, no może wspomnę tylko, że tutejsze okazy pawi jak gdyby nigdy nic biegają sobie po ścieżkach dla zwiedzających, a papugi nie są ograniczone żadnymi klatkami. Jak dla mnie spoko.














Ostatnim punktem programu jest wycieczka rowerowa. Bogu winną Carinę dopada ogromny ból brzucha (kto wie, co miały w sobie te zdradzieckie ciastka; słowo daję z tym pająkiem!), toteż decyduje się zostać w autokarze wraz z panem kierowcą, który w trakcie całej wycieczki odezwał się do nas tylko raz i było to w momencie, kiedy próbował nas uciszyć, gdyż harmider był tak wielki, że nie dało się słyszeć dialogów z oglądanego wówczas przez niektórych Rotarian filmu. No ale wracając do tematu~ Od kiedy pamiętam, zawsze chciałam spróbować jazdy na rowerze przeznaczonego dla mnogiej liczby podróżnych, i w końcu mi się udało! Wraz z Emmą, Brandonem i chłopakiem z Holandii, który wydaje mi się trochę stuknięty (ale pełen popis da dopiero za chwilę), dopadamy czteroosobowy rower-karocę. Rower dość specyficzny, bo jest w formie samochodu; dwa siedzenia z przodu, dwa z tyłu, po lewej stronie kierownica, pod wszystkimi siedzeniami pedały. Za kółkiem siada Holender, obok niego Amerykaniec, my z Emmą usadawiamy się z tyłu. Jeszcze nie zdajemy sobie sprawy, że to najgłupszy pomysł, na jaki mogłyśmy wpaść.

Rotarianie dają nam znak, że oto możemy rozpocząć rajd. Merlin, Holender, bez żadnego ostrzeżenia zaczyna nagle szybko pedałować, przy okazji wykręcając kierownicą jak wariat, co doprowadza nas z Emmą niemal do zawału serca. Nasz rower wychodzi na prowadzenie, mijamy wszystkich Rotarian, a nawet samego Allena, który przecież jest na przodzie – ale naszemu panie kierowcy najwyraźniej to nie przeszkadza. Z naprzeciwka nadchodzi jakaś staruszka z wózkiem dziecięcym; przejeżdżamy obok niej z taką prędkością, że powstaje przy tym mały wiatr, który zmusza babinkę do wykonania ostrego zakrętu niczym zawodnik Formuły 1. Podnosi zirytowana rękę, cośtam się na nas wydzierając po mandaryńsku, a z jej wózka wychyla się~ chihuahua. Tak, to kolejne zboczenie Tajwańczyków – potrafią darzyć swoje zwierzęta niewiarygodną, czasem wręcz niepojętą przez nas, Europejczyków, miłością.





Na rowerze.

Na kolację, dzięki Bogu, Rotarianie nie dają nam kolejnej dawki Oreo, a zabierają do lokalnej tajwańskiej restauracyjki a’la jadalnia. To tutaj jest mój pierwszy raz, gdy udaje mi się spróbować najprawdziwszej chińskiej Coca-Coli!


  
Napis głosi 可口可樂, co czyta się Kekou Kele.

W ten sposób cudowna wycieczka dobiega końca. Coś czuję, że w ciągu tych czterech dni zjadłam swój życiowy limit Oreo~ No ale, jak to mówią Chińczycy, meiguanxi


***

W dzisiejszej notce znajdą się aż dwa bonusy.

Pierwszy z nich – Walentynki. Wiele osób poprosiło mnie o napisanie czegoś o chińskim Dniu Zakochanych~ Moi drodzy, powiem tak – TO ŚWIĘTO JEST NIESPRAWIEDLIWE. Obchodzi się je tutaj w ten sposób, że dziewczyny kupują swoim ulubionym chłopakom słodycze. Faceci dla dziewczyn nie robią nic i nie, to nie jest żart. Słodyczami są najczęściej czekoladki i, wbrew pozorom, to wcale nie motyw serduszek jest najpopularniejszy. Czekoladki kobiety wręczają nie tylko swoim sympatiom, ale także przyjaciołom oraz osobom, co do których mają jakieś zobowiązania (np. kolega z pracy w czymśtam im pomógł, a więc pudełko czekoladek w tym dniu jest swego rodzaju odwdzięczeniem się). Ten sposób obchodzenia czternastego dnia lutego pochodzi oczywiście z Japonii. Tyle że tam chłopaki również mają dzień, kiedy to obdarowują prezentami swoje ukochane kobiety – jest to tak zwany „biały dzień” i ma miejsce dokładnie miesiąc po klasycznych Walentynkach. W Tajwanie jest podobnie, z tymże dzień ten wypada siódmego lipca. Czyli już mnie tu nie będzie, fajnie […]. Samo Święto Zakochanych nie jest tak skomercjalizowane jak u nas w Polsce. Nie usłyszysz w radiu żadnych nowinek na temat Walentynek, podobnie jak na ulicach rzadko kiedy dostrzeże się jakąś serduszkową dekorację. Wręczasz facetowi czekoladki i na tym się kończy.

Drugi bonus.Wśród wszystkich tajwańskich wymieńców króluje pewna piosenka, która jest naszym pewnego rodzaju hymnem. Pozwolę sobie załączyć wideo.


 Jest ona o tyle zabawna, że doskonale ukazuje sytuację obcokrajowców w chińskojęzycznym kraju. Osoby, które z mandaryńskim nie miały nigdy do czynienia, zapewne nie rozumieją części ze spaniem i pierogami. Już wyjaśniam. Otóż gotowane chińskie pierożki to po chińsku shui jiao~ tyle że wypowiedziane w trzecim tonie. Jeśli wypowie się te dwa słówka w tonie czwartym, to będzie to oznaczać tyle co „pójść spać”. Najlepsze jest to, że w chińskim tego typu słów jest całe multum. Myślę, że filmik doskonale ukazuje tę podstawową trudność w wymowie niektórych słów przez obcokrajowców, którzy czasem mieszają tony do tego stopnia, że stają się kompletnie niezrozumiali dla Chińczyków :)

To tyle na dziś, dziękuję za czytanie i oczywiście zachęcam do pozostania ze mną do końca!
Xin-Yan He

3 komentarze:

  1. Z piosenką jest ostrzej - yi wan shuijiao duoshao qian może oznaczać albo - po ile micha pierogów, albo ile bierzesz za noc. :D Piosenka od lat święci triumfy i każdy obcokrajowiec przyjeżdzający na Tajwan w celach naukowych jest zobligowany wręcz do zaśpiewania jej minimum raz -publicznie.
    A strój na wycieczkę w góry bardzo odpowiedni. Nie wiem, czy widziałaś tutejsze najpopularniejsze obuwie wspinaczkowo -trekkingowe, czyli klapki japonki na koturnie... Świetnie się sprawdza ponoć.
    A kolę polecam waniliową. Przy czym ta na zdjęciach nie jest kolą chińską, tylko amerykańską kolą w chińskim opakowaniu. A prawdziwa chińska kola wygląda tak
    http://en.wikipedia.org/wiki/China_Cola , z kolei tajwańska to Hei Song. Powodzenia z nową rodziną, pewnie będzie ciekawie. A Hunterzy - no cóż, zachowali się po tajwańsku.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj! Póki co działam z anonima, ale pragnę Ci powiedzieć, że masz bardzo ciekawego bloga. Naprawdę! Znam Cię ze SF i bardzo się cieszę, że na Twoją stronę zajrzałam. Jest estetycznie prowadzona, interesująca, są zdjęcia, są opisy, są śmieszne wstawki. Poprawiasz nim humor ;)
    Oby tak dalej! Nie mogę się doczekać kolejnych notek!
    Składam serdeczne pozdrowionka na ręce drogiej emigrantki. Pozdrów hostów xD

    OdpowiedzUsuń
  3. Koleżanka tak perfekcyjnie to ujęła, że podpisuję się pod komentarzem..Super .:)

    OdpowiedzUsuń