czwartek, 23 stycznia 2014

Notka informacyjna

Moi Drodzy,

Nie macie pojęcia, jak bardzo szczęśliwa jestem, że wytrwaliście całe pół roku, czytając moje amatorskie wypociny. Moim celem od samego początku było pisanie dla siebie i dla rodziny oraz przyjaciół - co by mieli pewność, że nikt mnie nie porwał / nie zabił i wrzucił gdzieś do pobliskiego rowu. Z czasem poczułam potrzebę dzielenia się swoim doświadczeniem z osobami, które, podobnie jak ja, chciałyby przeżyć przygodę swojego życia. Dlatego też w prowadzenie strony wkładałam naprawdę dużo serca.

I najwyraźniej zostało to zauważone. Otrzymałam niedawno drogą mejlową wiadomość od portalu bab.la, informującą mnie, że mój blog został nominowany do konkursu na najlepszy blog o życiu zagranicą. Ale do czego zmierzam? Otóż chciałam Wam podziękować. Za to, że mnie wspieracie, piszecie do mnie, zadajecie pytania. To naprawdę motywuje mnie do dalszego działania. Niczego by nie było, gdyby nie Wy.

No cóż, przyznam, że miło byłoby coś wygrać~ Ale czas jeszcze wszystko pokaże. Tymczasem pragnę zapowiedzieć nową notkę (jakże Aleksandra mogła o tym zapomnieć?!).

Czteroosobowy rower. Co się stanie, gdy dosiądą go zwariowany Holender, stereotypowy Amerykanin, nerwowa Australijka i niewzruszona Polka? Czy ciasteczka Oreo są w stanie zabić? Ile czasu i cierpliwości trzeba mieć, żeby dogadać się z kimś, kto nie zna angielskiego? Czy na pewno wszystko gra, jeśli mieszka się w Tajwanie, a w domu mówi po japońsku? Jak wiele koreańskich ciuchów potrzeba do szczęścia?

O tym już w następnym poście. Serdecznie Zapraszam, Xin-Yan He. 

piątek, 17 stycznia 2014

Świąt nie będzie!

Pokój. Piątkowe popołudnie. Ja i łóżko. Na głowie słuchawki. W słuchawkach~ ukojenie dla mych uszu. Coma, Hey, Kazik, Enej. Polska muzyko, nawet nie wiesz, jak czasem mi ciebie brakuje.
To już tylko cztery dni do świąt. Cztery dni i zero klimatu. W department store porozstawiano, co prawda, randomowo choinki, w radiu puszczą czasem „Jingle Bells”, ale to wszystko. Święta to nic nadzwyczajnego. Tajwańczycy mają do nich bardzo specyficzne podejście: kto chce, ten obchodzi. Większość naturalnie nie chce.

Następnego dnia, w sobotni wieczór, czeka mnie impreza świąteczna zorganizowana przez Rotex, czyli byłych tajpejskich wymieńców. Zaproszeni są wszyscy tegoroczni inbound students z naszego dystryktu. Program dość standardowy: najpierw kolacja, potem jakieś show, kilka konkursów i godzina potańcówki. Na wstępnej rozpisce planu imprezy nie ma ani jednej wzmianki o świętach. Nie wiem, czemu, ale mam wrażenie, że będzie to kompletny niewypał.

Zamykam oczy i wyobrażam sobie, jak zanurzam się w morzu ciepłego piasku. Nie istnieje nic poza mną i moją muzyką. Nie myślę nawet o świętach. Nie myślę o niczym. Nie czuję się winna, nie czuję, że to egoistyczne z mojej strony. Każdy czasem potrzebuje oderwać się od rzeczywistości, by autentycznie poczuć tę nirwanę. Moje życie nie byłoby jednak moim życiem, gdyby mi nie przeszkodzono.

Zapukawszy uprzednio, do pokoju wpada Hunter, nie czekając nawet na mój odzew. Ma na sobie kurtkę, a szyję opatulił grubym szalikiem. Zabawna sprawa, bo zima tajwańska jest dosyć ciepła; w tym momencie mamy około dziesięciu stopni. Z tym że my, Polacy, zarządzamy naszymi domami w taki sposób, że każde mieszkanie obowiązkowo ma centralne ogrzewanie, co jest też bezpośrednią przyczyną istnienia czegoś takiego jak temperatura pokojowa. W Tajwanie nie ma centralnego ogrzewania. W domach jest przeważne niewiele cieplej niż na zewnątrz.
 – Xin-Yan – zaczyna Hunter, odchrząknąwszy uprzednio. – Mingtian ni you paidui, dui bu dui? (Masz jutro imprezę, zgadza się?)
Podnoszę się z łóżka, rzucając słuchawki na nocny stolik. To mi przypomniało, że przecież nie naszykowałam jeszcze żadnych ubrań. Trzeba będzie się za to zabrać.
 Dui a! (Dokładnie!) – odpowiadam, wzdychając ciężko. – Wo bu zhidao zhe paidui haode bu haode. (Nie wiem, czy ta impreza będzie udana.)
 A, meiguanxi! (A, nic nie szkodzi!) – Hunter podnosi kciuk do góry, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy z tego, że nie czuję się ani trochę lepiej. – Ou, ni zhidao ma? Mingtian xiawu women qu Rotary meeting. Tamen yao ni shuo yige~ Dobrze, chcę, żeby wszystko było jasne, więc powiem to po angielsku – oświadcza nagle Hunter, niespodziewanie siadając na moim łóżku. Unoszę w zdziwieniu brwi; czy ja właśnie zrozumiałam coś o spotkaniu Rotary?
 – Godzinę temu zadzwonił do mnie prezydent klubu, naszego klubu, E-Club Midtown, tego klubu, co jesteście w nim z tym młodym Japończykiem~
 – Tak, wiem. Bardzo lubię te spotkania, zawsze dzieje się coś fajnego. Pamiętam, jak raz robiliśmy mydło~
 – Tak, tak, tak – przerywa mi host tata, wykonując jakiś dziwny gest ręką. Wygląda, jakby chciał powiedzieć coś bardzo ważnego, ale nie za bardzo wiedział, jak się do tego zabrać. – No i zadzwonił do mnie prezydent. W sensie klubu prezydent. E-Club Midtown.
Zacina się i powtarza te same rzeczy. Niedobrze, w jego przypadku to zły znak.
 – Mam nadzieję, że zrozumiałaś część o lunchu?
 – Mówiłeś coś o lunchu? – Nie kryję zdumienia. – Powiedziałeś tylko, że to spotkanie w południe~
 – No tak, bo to będzie lunch – precyzuje Hunter, uparcie unikając ze mną kontaktu wzrokowego.
 – Bardzo fajnie. Coś jeszcze? – Moje pytanie może i jest mało uprzejme, ale strasznie niecierpliwię się przez to jego owijanie w bawełnę. Całe szczęście Hunter nie odbiera tego jako żaden atak.
 – Powiedzieli, że miło by było, gdybyś coś powiedziała pod koniec. Od trzech do pięciu minut. Takie małe przemówienie.
Oddycham z ulgą. A więc takie buty. Hunter czasem ma skłonność do przesady, naprawdę. Ja tu się spodziewam nie wiadomo czego, a tu o zwykle kilka zdań chodzi.
 – Nie ma absolutnie żadnego problemu.
 – To świetnie! Ach, jeszcze jedna sprawa: przemówienie ma być w całości po chińsku. Liczę na ciebie! – Wyrzuciwszy to z siebie, w ekspresowym tempie zrywa się z łóżka i wybiega z mojego pokoju, zostawiając mnie w bliżej nieokreślonym stanie emocjonalnym. Taka mieszanka zaskoczenia, szoku, zdziwienia i niepewności. Po kilku sekundach dociera do mnie, o czym właśnie mnie poinformowano. Przemowa na trzy-pięć minut to nic, ale przemowa na trzy-pięć minut PO CHIŃSKU to już wyższa szkoła jazdy. A więc to dlatego Hunter był taki poddenerwowany~ I na przygotowanie się mam niecałe dwadzieścia godzin. Mission impossible? Nie dla polskiego łajgłożena.   
         
Kompletnie zapominając o imprezie z Rotexem i nienaszykowanych ubraniach, podbiegam do plecaka, wyciągam kartkę, długopis i, zapaliwszy lampkę, siadam przy biurku. Co mogę powiedzieć na tym całym spotkaniu? Chcę, żeby to było coś z sensem, a nie tradycyjne „nazywam się Xin-Yan He, mam siedemnaście lat, pochodzę z Polski i lubię Tajwan”. Coś, co powali Rotarian na kolana. Coś, co sprawi, że będą myśleć, że mój chiński jest super-mega-hiper zawalisty. Tylko co? W głowie rodzi mi się tysiąc pomysłów; mogę opowiedzieć o tym, jakie ogromne znaczenie w dzisiejszym świecie ma nauka mandaryńskiego, a także zachwycić się przed nimi kulturą tajwańską oraz chińską. Mogę wspomnieć o tym, że do nauki motywuje mnie rockowy zespół Wu Yue Tian, znany również jako Mayday – uwielbiam ich, a śpiewają przecież po mandaryńsku. Mogę opowiedzieć o tym, jak wielkie wrażenie wywarła na mnie wizyta w Tajpej 101. Kartka błyskawicznie zapełnia się krzaczkami, aż w końcu po godzinie decyduję się na głos przeczytać to, co mój mózg oraz moje ręce zdołały wspólnymi siłami wyprodukować. Przekaz fajny, informacje ciekawe, ale tego jest na stronę A4~ Jak ja mam to wszystko  zapamiętać? W paru miejscach nie jestem też pewna co do właściwej konstrukcji gramatycznej. Czy gadanie o muzyce to na pewno dobry pomysł? I co, jeśli się zatnę i nie będę w stanie mówić dalej?

Po minucie gorączkowego myślenia decyduję się na krok odważny i być może samobójczy: rzucam długopis w kąt pokoju, drę kartkę, po czym wyrzucam ją do kosza na śmieci. Wystąpię na żywca. Trudno, co będzie, to będzie, hakuna matata.

Następnego dnia zaczynam żałować swojej decyzji. Już w samochodzie zbiera mi się na wymioty, dostaję gorączki i w ogóle mi duszno. W piersi czuję nieprzyjemny ucisk – to chyba objawy zbliżającego się zawału. Po godzinie jesteśmy na miejscu; ledwo przytomnej udaje mi się jakoś wygramolić z samochodu. I wtedy doznaję małego de ja vu. Przypomina mi się mój pierwszy dzień w Tajwanie. Wtedy również zostałam zmuszona pojechać na posiłek z Rotarianami, wtedy również czułam się nieswojo, wówczas również prosili mnie o wygłoszenie małego przemówienia (tyle że po angielsku). A skąd te nostalgiczne wspomnienia? Otóż restauracja, w której ma dojść do konfrontacji, jest dokładnie tą samą restauracją z tamtego dnia. Z tą różnicą, że teraz o cztery miesiące starszą. Doprawdy, jak ten czas leci~

W środku pełno już od Rotarian. Po kolejnych trzydziestu minutach przybywa i Naoki; jak zwykle cały spocony, okulary klasycznie zsuwają mu się na czubek nosa. Ubrany jest w jakąś hiper kujońską bluzę, a na plecach widać jego słynny plecak bez dna. Ciekawe, czy tym razem też spakował do niego ręcznik? Dostrzegłszy moją białą głowę wśród tego tłumu Chińczyków, Pan Japonia podbiega do mojego stolika i bez słowa siada obok. Natychmiast też zaczyna coś do mnie mówić z przejęciem, ale nie za bardzo kontaktuję. Moje ciało jest jak spetryfikowane z powodu tremy. A może Rotarianie zapomną o tym całym przemówieniu i ostatecznie wrócę do domu w podskokach, śmiejąc się sama z siebie, że tak bardzo się tym wszystkim przejmowałam? 

Niestety, po ponad trzech godzinach, tuż przed końcem spotkania, członkowie klubu w magiczny sposób przypominają sobie o dwóch siedzących cicho łajgłożenach i proszą nas, abyśmy zdecydowali między sobą, kto jako pierwszy ma wygłosić przemówienie. Spojrzenia moje i Naokiego spotykają się. Scena niczym z jakiegoś westernu, w którym to dwóch kowbojów zamierza się pojedynkować. Patrzymy tak na siebie przez kilka sekund – żadne z nas ani drgnie. Ostatecznie przełamuję ciszę.
 – No, to kto pierwszy?
 – Ty – orzeka zwięźle i sucho Pan Japonia.
 – Nie, bo ty.
 – Ależ nie, panie mają pierwszeństwo. Ty.
 – Ale się szarmancki zrobiłeś. Ty.
 – Ty.
 – Ty.
 – Ty.
 – Ach, w cholerę z tobą, głupi kamikadze – rzucam pod nosem, wstając z impetem i kierując się na środek pomieszczenia. A właśnie, że pokażę klasę. Niech wszyscy zobaczą, jaka Pani Polska jest wspaniała. Rotarianie na zachętę witają mnie małymi brawami, a jeśli chodzi o mnie~ Jeszcze nigdy nie czułam takiej tremy. Przełykam ślinę, słuchając zapowiedzi Rotarianina-prowadzącego, a po kilku sekundach w mojej dłoni ląduje mikrofon. Z przyczyn oczywistych w tym momencie następuje kolejna długa cisza. Wszyscy wpatrują się we mnie w skupieniu. Kurde, lepiej by było, gdyby panował niewielki gwar, jakoś mniej bym się wtedy stresowała~

I dochodzi do tego. Mojego przemówienia. Słowa wypływają ze mnie same. Opowiadam o rzeczach banalnych, ale Rotarianie odbierają je bardzo głęboko. I wyglądają na poruszonych. Sprawy przyziemne – strzał w dziesiątkę. Zwierzam się ze swojego łajgłożeńskiego życia, z tego, że zawsze jestem przez wszystkich brana za Amerykankę, co uważam za zabawne, z tego, że dzieci na ulicy pokazują na mnie palcem i mówią „patrz, mamo, obcokrajowiec”, w końcu też z tego, że w night markets zawsze wydaję fortunę – co członków klubu doprowadza niemal do łez. Na koniec spontanicznie dziękuję swojej host rodzinie tj. Hunterom za to, że mają tyle cierpliwości w uczeniu mnie chińskiego i ogólnie „wychowywaniu mnie na Tajwankę”. Po czterech-pięciu minutach mój monolog dobiega końca. Do moich uszu docierają dźwięki okrzyków i wiwatów – wszyscy są zachwyceni. A ja prawie omdlewam ze wstydu. Było dobrze, nawet bardzo dobrze, powiedziałabym wręcz, że wybitnie – więc czemu czuję się teraz taką malutką dziewczynką w wielkim świecie? 

Po aplauzie potrzebuję jakiejś minuty, aby przebrnąć przez tłum Chińczyków i wrócić do swojego stolika. Zastaję tam Naokiego, który na twarzy jest teraz dokładnie tego samego koloru co ściana za nim (czyli śnieżnobiały). Nie ogarniam tego, ten facet to człowiek-kameleon chyba, w mgnieniu oka potrafi zmienić barwę skóry.
 – Naprawdę się nie przygotowałaś?
 Zhende! (Naprawdę!) – odpowiadam, parskając śmiechem. Muszę przyznać, że teraz, kiedy jest już po wszystkim, czuję się znacznie lepiej. No i nie mogę się doczekać wystąpienia Pana Japonii. Po chwili obserwuję już, jak, podobnie jak ja przed kilkoma momentami, występuje na środek sali i bierze do ręki mikrofon. Klasycznie parę sekund ciszy, w końcu mówca musi się przygotować. Naoki ociera rękawem bluzy spocone (jakżeby inaczej) czoło, bierze głęboki wdech, sięga do kieszeni spodni, po czym~ wyjmuje jakąś kartkę. I zaczyna z niej czytać. Po upływie dwóch minut „przemówienie” dobiega końca. Rotarianie dają mu małe brawa, ale na moim tle Japończyk i tak wypada bardzo blado. Co oczywiście daje mi powód do ogromnego tryumfu. 

Jak już nie raz, nie dwa zdarzyło mi się wspomnieć, że życie moje jest pełne niezwykłych i czasem ekscentrycznych zwrotów akcji. Do tego stopnia, iż mam wrażenie, że to nie rzeczywistość jest dziwna, a ja. Że zbzikowałam, zwariowałam, oszalałam i tworzę sobie jakieś własne dziewczęce fantazje. Bo szczerze mówiąc nie mam pojęcia, jakim cudem siedzę właśnie z Naokim na tylnych siedzeniach w samochodzie Rtn. Dolly, Rotarianki odpowiedzialnej za nadzór nauki języka, z radia leci chińska muzyka z lat pięćdziesiątych i w takich okolicznościach jedziemy sobie gdzieś-nie-wiadomo-gdzie. A nie, przepraszam~ na imprezę Rotexu! Na imprezę, której tak długo wyczekiwałam – w końcu może poczuję magię tegorocznych świąt.
 – Nao – odzywam się pierwsza. – Bo chcę wiedzieć, jak powiedzieć w każdym języku „twoje oczy są piękne jak tajwański zachód słońca”. Mam już wersję chińską, holenderską, portugalską i włoską. Po japońsku to będzie jakoś anata no me wa Taiwan no cośtam cośtam, no nie?
 – Jak co? – pyta Pan Japonia, czochrając się po włosach, co ma w zwyczaju robić za każdym razem, gdy nie ma kompletnego pojęcia, o co chodzi.
 – Tajwański zachód słońca – powtarzam, z całej siły próbując nie ryknąć śmiechem w obawie przed tym, że być może zostałoby to odebrane jako ironia.
Naoki wzdycha głęboko.
 Anata no me wa Taiwan no hinode you~ Chwila chwila. Hinode? Co to jest zachód słońca? Mówiłem ci, że mój angielski nie jest dobry.
 – Zachód jest wtedy, jak słońce znika za horyzontem. I potem jest już noc.
 – Ach, to! Zawsze mi się myli ze wschodem. A więc to będzie: Anata no me wa Taiwan no nichibotsu~ Nie, czekaj. W tym przypadku to chyba będzie yuuhi~
 – Nie wiesz, jak powiedzieć „zachód słońca” we własnym języku?
 – Oczywiście, że wiem! Dobra, jeszcze raz. Anata no me wa Taiwan no yuuhi no youni kirei da. A tak przy okazji. Mam pytanie – dodaje nagle Naoki, zwracając twarz w moim kierunku, co mnie bardzo mocno dziwi, bo przeważnie nigdy nie odzywa się sam z siebie. Całkiem miła zmiana. – Aleksandro, bo wcześniej, na tym spotkaniu, nazwałaś mnie jakoś tak dziwnie.
 – Kamikadze? – wypalam po chwili zastanowienia. – Musisz przyznać, że to zawalista ksywka. Świetnie do ciebie pasuje.
 – No właśnie~ – duka Pan Japonia, przegryzając wargi. – Taka jakaś dziwna. Czemu „boski wiatr”?
 – Bez kitu, po japońsku to boski wiatr! Ale śmiesznie, nie zauważyłam wcześniej.
W tym momencie cichniemy oboje, jedynie z radia samochodu słychać słychać teraz sopran jakiejś tajwańskiej wokalistki. Rtn. Dolly, zadowolona, śpiewa sobie pod nosem.
 – Ale co ty konkretnie masz na myśli? – kontynuuje Naoki.
 – Oj, no że Japończyk, więc kamikadze, bo kamikadze byli z Japonii.
Znowu cisza. I ponownie po kilku chwilach Naoki decyduje się ciągnąć dalej tę dziwną rozmowę.
 – Ale co to w ogóle jest ten boski wiatr? Bo już kilka razy słyszałem od różnych osób, a nie wiem, co to.
Słowo daję, gdybym w tym momencie nie siedziała, to bym się przewróciła. Czegoś takiego to chyba nikt by się nie spodziewał na moim miejscu. O ile „zachód słońca” jeszcze jakoś przetrawiłam, o tyle ci kamikadze to już odrobinę za wiele.
 – Naoki, błagam, nie załamuj mnie. Jesteś Japończykiem i nie wiesz, kim byli kamikadze?
 – A skąd mam to wiedzieć, nie uczyli mnie tego w szkole! – denerwuje się Pan Japonia, klasycznie strzelając focha. Ech, z nim to chyba będzie tak już do samego końca.
W końcu docieramy na imprezę. Pierwsze wrażenie – wszystko wygląda na to, że będzie to zabawa, że tak to ujmę, nastawiona na konsumpcję najbardziej kalorycznych rzeczy świata. Bo w końcu łajgłożenów trzeba utuczyć, niech po powrocie do domu ich znajomi nie myślą, że w Azji to tylko przymiera się głodem. Drugie spostrzeżenie – impreza świąteczna, jednak zero jakichkolwiek świątecznych dekoracji. Zero świątecznej muzyki. Jedynym świątecznym elementem tego dnia jest „shengdan kuaile!” (wesołych świąt!) wypowiedziane donośnym tonem przez samego PP Wine’a, który niespodziewanie pojawia się w środku zabawy, co by dopilnować, żeby nie doszło do żadnej hańby. 


Mija dwudziesta. Nieśmiało tańczę w rytm piosenki, której tekst z różnych powodów głęboko zapada mi w pamięć: „Hey, I just met you. This is crazy, but here’s my number. So call me maybe!”. Jeden chłopak z Węgier, którego imienia niestety nie pamiętam, przed chwilą dał solowy występ taneczny, co zachęciło wszystkich pięćdziesięciu dwóch wymieńców do wyjścia na parkiet. I jest bardzo przyjemnie, towarzystwo międzynarodowe, przekąski wspaniałe, wszystko super ekstra~ tylko świątecznego klimatu brak. I to dlatego czuję, że coś jest ewidentnie nie tak.
 – Hej, shengdan kuaile! – wydziera mi się nad uchem Laurenz, mój ulubiony Niemiec, zakładając mi na głowę czapkę w kształcie małpy. – Proszę, prezent.
 – No co ty! – wydzieram się jeszcze głośniej, co by nie zagłuszała mnie muzyka. – Jesteś pewien, że chcesz mi to dać?
Laurenz, wyszczerzając zęby w uśmiechu, przeczesuje palcami swoją niebieską grzywkę.
 – Wygrałem w konkursie. Pasuje ci, a ja i tak bym go nie nosił. 

Ostatecznie impreza kończy się koło dziewiątej. Po tego typu zabawach człowiek zazwyczaj jest maksymalnie zrelaksowany, ale nie ja. Te święta jakoś mnie dobijają. Chciałabym wyjść na ulicę i wykrzyczeć wszystko, co mnie trapi. Jestem otoczona całą masą ludzi, którzy są w dokładnie takiej samej sytuacji co ja, ale jeszcze nigdy nie byłam równie samotna. Do domu wracam jak zwykle metrem, towarzyszą mi Brandon (USA) oraz Allegra (Rumunia), której prawdziwe imię to Rania, ale i tak nikt na nią tak nie woła. Gadamy o takich głupotach, że normalnie to bym się wstydziła robić z siebie tak wielką kretynkę, ale teraz czuję, ze po prostu muszę. Muszę zachowywać się jak idiotka i głupkowato chichotać. Muszę, bo czuję, że inaczej to się chyba rozpłaczę.

W ciągu następnych kilku dni sytuacja nie ulega poprawie. Dodatkowo jeszcze bardziej dołuje mnie fakt, że jestem zmuszona w tym okresie chodzić do szkoły. Nie ma śniegu, nie ma mojej rodziny, nie ma choinki, sama muszę robić sobie za Mikołaja. Jedynie Ashley, moja najlepsza koleżanka z klasy, chcąc mnie pocieszyć, kupuje mi kolczyki z moim ulubionym motywem „Alicji w Krainie Czarów”, Jessica wręcza mi własnoręcznie zrobioną kartkę z życzeniami, Andramela zaś zasypuje mnie toną cukrowych lasek. Nadal mam ochotę płakać, ale mimo wszystko ten gest minimalnie poprawia mi nastrój. Kocham swoich przyjaciół.

Zwrot akcji następuje 31 grudnia, w ostatni dzień 2013 roku. Udając się pod Tajpej 101 spotykam dwóch wymieńców z Polski: Szymona i Marcina. Nikt, kto kiedykolwiek nie mieszkał zagranicą, nie ma pojęcia, jakie to wspaniałe uczucie rozmawiać w swoim ojczystym języku. Przy okazji poznaję całą masę exchange students z innych dystryktów i wspólnie celebrujemy Sylwestra. Zwieńczeniem nocy są fajerwerki – największe, jakie kiedykolwiek na oczy widziałam i stanowczo najgłośniejsze. Ludzie wokół drą się wniebogłosy, ja ledwo trzymam się na nogach~ Chce mi się tańczyć i śpiewać. Nieważne, co. To nieistotne. Ważne, że nie sama.

Do domy wracam o trzeciej nad ranem. Hości już śpią, zdejmuję więc cichutko buty i od razu kieruję się do sypialni, gdzie natychmiastowo padam na łóżko. Zaczynam przywoływać wszystkie wspomnienia z Hunterami. I tak w moim umyśle odtwarzam naszą pierwszą zabawę z Klubem Rotary, odwiedziny u dziadków, którzy mówili tylko po tajwańsku, wycieczkę do Zoo i gorących źródeł. W tym samym czasie przeklinam ich za te wszystkie bezsensowne nakazy i zakazy, które mi narzucili i których bezwzględnie kazali przestrzegać. A ile kłótni z nimi było! I to takich głupich, o zupełnie pierdoły, typu niezmienione klapki do WC. Tak, stanowczo nienawidzę Hunterów~ tylko tak jakoś ściska mnie w sercu, gdy uświadamiam sobie, że za parę godzin znajdę się w zupełnie obcym domu, u drugiej host rodziny.