piątek, 4 października 2013

Dzień po dniu: Polka wśród Chińczyków

Xin-Yen cieszy się głupotami. Tymi drobnymi chwilami, które właściwie nic nie znaczą, ale jednak nadają jakiś tam sens jej życiu.

W szkole idzie mi coraz lepiej. Pani Li (moja nauczycielka) ostatecznie doszła do wniosku, że nie potrzebujemy już więcej uczyć się "bopomofo" i postanowiła rozpocząć z nami poważną naukę. Mówiąc poważną, mam na myśli stanie w kółeczku i śpiewanie piosenek dla przedszkolaków o tekście: "Yi, er, san, si, wu, liu, qi. Wo de pengyou zai nali? Zai zheli, zai zheli, wo de pengyou zai zheli." ("Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem. Gdzie jest mój przyjaciel? Jest tutaj, jest tutaj, mój przyjaciel jest tutaj."). Mówię Wam, psychodela pokroju Teletubisiów.

Tak w ogóle stwierdzam, że minimalna wiedza o japońskim jednak ułatwia naukę mandaryńskiego. Wszystkie testy piszę na sto procent, bo wiele znaków już zwyczajnie znam. Skupiam się więc na zapamiętywaniu chińskiej wymowy, bo ta akurat od japońskiej jest całkiem różna. I, niestety, o wiele trudniejsza.



W czwartek dwudziestego szóstego wybraliśmy się w naszym niezmienionym składzie (znaczy się Pani Polska, Pani Kolorado, Pani Teksas i Pan Japonia) na łyżwy. Pomijając to, że nikt z naszej czwórki ewidentnie nie ma pojęcia o ice-skatingu, naprawdę świetnie się bawiliśmy. Dzień został zwieńczony kolacją w McDonaldzie (nie pytajcie, kto wpadł na ten cudowny pomysł). Krótko mówiąc, powoli przestaję być istotą aspołeczną. To chyba dobrze. Ostatnio tak sobie myślę, że kurde~ mam przyjaciół z całego globu. Stany, Tajwan, Japonia, Brazylia, Francja, Holandia, nawet Bermudy~ Łohoho.

No ale rodzinka i tak najlepsza.










Ej, bo tak w ogóle to zauważyłam dziwną rzecz. Nie chcę tu na nikogo wrzucać, no ale kurczę, Naoki jest taki~ dziewczęcy. Gada na babskie tematy, nosi damską torebkę i zwyczajnie zachowuje się jak kobieta (przy czym nie jest gejem). Po bliższym przyjrzeniu się również i Chińczykom stwierdzam, że to chyba po prostu takie azjatyckie skrzywienie. Chłopaki z mojej szkoły są ze sobą naprawdę blisko. W Polsce zazwyczaj się tylko rozmawia, a tutaj klepią się co chwilę po plecach, przytulają do siebie na korytarzach ot tak, bez powodu, chichoczą głupkowato, zakrywając usta ręką i się rumieniąc, przeczesują palcami grzywki w niezbyt męski sposób, często mają kolczyki i rozjaśniane włosy (powiedziałabym, że nawet częściej niż przedstawicielki płci przeciwnej), u jednego osobnika zauważyłam makijaż~ Żeby było jeszcze lepiej, żeńska część uczniów przeważnie pozostaje poważna i wyraża się niemal tak samo dojrzale jak grono pedagogiczne. A teraz postawcie sobie takiego przeciętnego chińskiego chłopaka obok przeciętnej chińskiej dziewczyny. Jak tak na to spojrzeć z boku, to powstaje naprawdę zabawny kontrast.

W zeszłą niedzielę tutejszy Rotex postanowił porwać nas w swe chińskie objęcia i zabawić z nami w grę spróbujcie-to-zrobić-jak-się-wam-uda-to-fajnie-a-jak-nie-to-oblejemy-was-wodą. Dla niedoinformowanych, Rotex jest stowarzyszeniem zrzeszających byłych wymieńców z danego dystryktu, czyli w tym przypadku z Tajpej. Na szczęście zdołałam ocalić swoje włosy od wodnej katastrofy i nikt nie musiał dostępować zaszczytu podziwiania afro, które pojawia się za każdym razem, gdy moja głowa ma do czynienia z tak niesamowitym związkiem chemicznym, jakim jest tlenek wodoru. A to wredny Rotex, w zaproszeniu napisali, że zapraszają nas na podwieczorek!



Nie wiem, co moi hości mają z morzem, to chyba ich jakieś prywatne zboczenie. Przed paroma dniami zabrano mnie do kolejnego muzeum morskiego. Tym razem, niestety, byłam bez towarzystwa, ale w sumie jak tak o tym myślę, to może i nawet lepiej, bo, chcąc nie chcąc, całą uwagę skupiłam na ekshibicjach. Muzeum mieści się gdzieś tam poza Tajpej i słynie z doskonałego widoku na Żółwią Wyspę, która nie bez powodu nosi tę nazwę (znaczy się jak na nią patrzysz, to ewidentnie widzisz żółwia).













































video


Po wszystkim Hunter postanowił uprzykrzyć życie mi i Ashley i zabrał nas do swoich znajomych, którzy~ no, powiedzmy, nie do końca się nami interesowali. Dodam, że spędzić mieliśmy tam cały wieczór, w dodatku w towarzystwie dzieciaków w wieku wczesnoszkolnym, a więc podsumowując jednym słowem: apokalipsa. Na szczęście okazało się, że mimo, iż Ash ma tylko trzynaście lat, można pomówić z nią na wiele dojrzałych tematów takich jak np. geneza słynnej nienawiści Tajwańczyków do Chińczyków z kontynentu.


Najprawdziwsze pole ryżowe.




Młoda stonoga. Dla bezpieczeństwa rekomenduję nie dotykać.




Komentarz koleżanki z Polski: "Podejrzewam, że z tyloma przyciskami ten turbokibel może służyć nawet jako rakieta kosmiczna, omg".




Mam jeszcze kilka randomowych zdjęć, których za nic nie potrafiłam przypisać do żadnej kategorii, więc poszłam na łatwiznę i wrzuciłam je do folderu "Inne".


Mugua niu nai - mleko z papai. Moje ulubione.


Xigua niu nai - mleko arbuzowe.


Informacja dla uczniów w szkolnej toalecie. Jako że i tak nic z niej nie rozumiem, zwyczajnie ją olałam, ale ciii.


Tutaj możecie zobaczyć Joe, tego słynnego nauczyciela od writing and literature.


Stacja metra.






Bransoletka, którą zrobiłam własnoręcznie. Czyli chyba nie jestem aż takim beztalenciem?

Jeszcze jedna rzecz~ Czuję się tu jak w zakupowym raju. Sukienki za równowartość 20 zł, firmowe gadżety z Hello Kitty czy Rilakkumą za śmieszne ceny, jedzenie za pół-darmo~ Idę sobie przez miasto i nie dbam o pieniądze, co w moim wypadku jest baaardzo niestandardowe, gdyż moje skąpstwo jest powszechnie znane nie tylko wśród członków rodziny, ale też i znajomych. Sprzedawcy traktują mnie jak królową na zasadzie "Nasz klient nasz pannnn!". Gdy kupuję coś na ulicy, to przygląda mi się przeważnie tłum ludzi i często mogę usłyszeć teksty w stylu "Kan ta. Mei~ Meiguoren~" ("Spójrz na nią. Ame~ Amerykanka~"). A ja idę dalej zadowolona, wymachując portfelem i szastając kasą na prawo i lewo, jakbym była bogaczem z Rosji. Nocne markety, lokalne targi, olbrzymie galerie tylko czekają, aż w nich zawitasz.

Moje odczucia można streścić tym oto filmikiem:

 

Ej no dobra, zakupy zakupami, ale do przyszłej środy serio zostało mi jakieś dwadzieścia dolców~ Z tą kasą to byłabym w stanie przeżyć i ze trzy tygodnie, ale w Tajpej oszczędzanie jest synonimem grzechu.

Do następnego razu.

4 komentarze:

  1. poprosze rozdzialik nowy.
    i masz do mnie napisać bo tak.
    zgaduj~

    M.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ohh jak miło mi to czytać, wiedzieć, że ktoś doświadcza podobnych rzeczy: międzynarodowi znajomi, ubrania i jedzenie za grosze, 'damscy koledzy', pola ryżowe i niebezpieczne robaki <3 Niesamowicie zazdroszczę Ci języka!!!! Uhh no i toalety- to musi być ciekawe doświadczenie.. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kochana dobre jest to mleko arbuzowe?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie sobie, nie przekonało mnie prawdę mówiąc. Ale mleko z papai, to jest to! AZ

      Usuń