niedziela, 13 października 2013

Homesick: Pierwsze objawy

Piątkowe popołudnie. Właśnie skończyłam lekcje w szkole językowej i powoli kieruję się w stronę mojego liceum. Aby tam dotrzeć, jestem zmuszona wziąć metro - podróż zajmuje jakieś 35 minut, bo muszę się przenieść z Zhonghe-Xinlu Line (linia pomarańczowa) na Tamsui Line (linia czerwona). W sumie 10 przystanków.

W metrze wszyscy spoglądają na mnie jak na nietypowe zjawisko biologiczne. Co się dziwić, w tym okresie białych ludzi nie spotkasz tu za często. Nie w październiku, co najwyżej w wakacje. Pociąg dość opustoszały. Siadam więc sobie obok czytającej dziewczyny. Ta reaguje natychmiastowo; w ułamku sekundy podnosi się i zajmuje inne wolne miejsce, tuż przy śpiącym mężczyźnie koło czterdziestki. No tak, w końcu jako waiguoren mogę być nosicielką jakichś okropnych, zachodnich chorób.

Po czasie docieram do mojej stacji, Mingde. Jak każda stacja, Mingde ma darmowe Wi-Fi, więc korzystam z okazji i błyskawicznie sprawdzam pocztę i Facebooka. Do rozpoczęcia popołudniowych zajęć mam jeszcze trochę ponad godzinę, więc postanawiam pójść do Seven Eleven coś przekąsić. Szkolne lunch-boxy, mimo że naprawdę smaczne, doprowadzają mnie do rewolucji żołądkowych. Od razu przechodzę na dział z makaronami i wybieram dokładnie ten sam zestaw, co zawsze - huasheng mian, czyli makaron z sosem orzechowym. Jedyna dostępna wegetariańska opcja. Biorę jeszcze paczkę moich ulubionych pocky (coś jak polskie paluszki, tyle że oblane polewą czekoladową lub truskawkową) i idę do kasy. Po samej już minie pana zza lady poznaję, że niezbyt dobrze mówi po angielsku. Nie uwierzylibyście, jak łatwo jest zidentyfikować ten właśnie rodzaj miny; robią ją zawsze osoby wchodzące w interakcje z obcokrajowcami, a które z językiem angielskim mają niewiele wspólnego. Myślę, ze mogłabym nadać jej nazwę "O mój Boże, tylko nie to". Przywołując ową minę na twarzy i obrzucając spojrzeniem wszystko, co by tylko nie musieć zwrócić swoich oczu na mnie, mężczyzna kasuje moje zakupy.
 - Bashi yi (Osiemdziesiąt jeden).
 - Duibuqi, wo you yi bai (Przepraszam bardzo, mam tylko sto) - odpowiadam, wręczając odpowiedni banknot. Mężczyzna bez słowa wydaje mi resztę, po chwili otrzymuję też pałeczki do makaronu, szybko jednak mówię:
 - Xiexie, wo bu xuyao kuaizi, wo you wo de kuaizi (Dziękuję, ale nie potrzebuję pałeczek, mam swoje własne). Sprzedawca, mimo wcześniejszej niechęci nawiązania kontaktu wzrokowego, niespodziewanie spogląda mi prosto w oczy. Wygląda na poruszonego.
 - A! Ni bu xuyao kuaizi~ Hao~ (Och! Nie potrzebujesz pałeczek~ No dobrze~).

Pałeczki trafiają z powrotem do schowka. Moi hości cały czas powtarzają, żebym zawsze pamiętała o używaniu tylko swoich pałeczek, no bo po co niszczyć kolejne drzewa i doprowadzać do katastrofy ekologicznej. Sądzę, że coś w tym jest. Pocky chowam do plecaka, po czym szybko konsumuję huasheng mian, ponownie przeglądając Facebooka. Musicie wiedzieć, że Seven Eleven nie jest po prostu jakimś tam sklepem. Tutaj nie tylko zrobisz zakupy, ale i doładujesz kartkę autobusową, wypłacisz pieniądze z konta, zjesz obiad i nawet skorzystasz z internetu (przy czym należy pamiętać, ze powierzchnia lokalu wynosi jakieś 35 metrów kwadratowych, więc jest dosyć ciasno). Area o charakterze restauracyjnym znajduje się tuż przy wejściu, naprzeciw okien. Doskonale więc widać mnie z zewnątrz. Po chwili po drugiej stronie szyby zatrzymuje się jakiś chłopak koło dwudziestki, najpewniej student idący na popołudniowe zajęcia. A staje tylko po to, aby pogapić się przez dwie minuty na najprawdziwszą waiguoren, która właśnie kończy posiłek. Cóż może być większą atrakcją w ten zwykły chiński dzień?

Po jedzeniu kieruję się w stronę wyjścia. Zanim jednak przekroczę próg, słyszę ciche "Feichang! Ta zhende shuo zhongwen le!" ("Niesamowite! Naprawdę mówiła po chińsku!"). Uśmiecham się ukradkiem i udając, że nie słyszę, opuszczam lokal.

Nieco zmęczona i ociężała idę do liceum. Jest pierwsza trzydzieści, a już mam dość dnia (w końcu skakanie i tańczenie do dziecięcych piosenek przez trzy godziny w szkole językowej nie należy do rzeczy zbyt relaksujących). Powoli przed oczami wyrasta mi brama główna - siedlisko school guards. Xiansheng z okienka poznaje mnie już z daleka. Obdarza mnie ciepłym uśmiechem, unosząc kciuk do góry (pewnie żyje w przekonaniu, że obcokrajowcy właśnie tak się witają), po czym otwiera bramę. Jegomość należy do tej grupy osób, które widzę praktycznie codziennie, a z którymi nigdy nie zamieniam ani słowa.

Zanim odnajdę swoją klasę, muszę udać się do Office of Academic Affairs, aby się zameldować. Zajmuje mi to dosłownie chwilę. Wychodzę z powrotem na korytarz i w tym momencie po szkole roznosi się dźwięk dzwonka. W przeciągu minuty placówka zapełnia się trzema tysiącami uczniów. Większość z nich od razu biegnie w stronę stołówki, część idzie do biblioteki, a niektórzy, ku mojemu niezadowoleniu (w końcu padam ze zmęczenia), decydują się poznęcać nad moją osobą.
 - Cześć, Alice! (mówią po angielsku) Gdzie byłaś cały dzień?
Uśmiecham się i po raz n-ty powtarzam, że oczywiście w szkole językowej, jak w każdy poniedziałek, środę i piątek. To nic, następnym razem i tak zadadzą dokładnie to samo pytanie. Bo tak wypada, bo tego uczy chińska kultura, po prostu: bo tak. Zmęczona, próbuję czmychnąć cichaczem do klasy 120, ale niespodziewanie wyrasta przede mną kolejna grupka uczniów.
 - Siemka, Alice! Gdzie żeś się szlajała? Cały dzień czekaliśmy!
I historia się powtarza.

Zaczynają się lekcje. Dla mnie oznacza to wybawienie, bo zajęcia jak zwykle po chińsku, a że nic nie rozumiem, mam świetną wymówkę na nicnierobienie. Idealny moment na drzemkę.

Po trzech godzinach lekcje dobiegają końca. Nachodzi mnie ochota na "napój bogów", także, zszedłszy po schodach na sam parter, kieruję się w stronę szkolnego sklepiku. Już dawno przestałam liczyć kalorie, za to każdego dnia sumienie ćwiczę stepowanie. Nie wyobrażam sobie wrócić do Polski z cielesnym nadbagażem. Chociaż czasem zastanawiam się, jaka byłaby reakcja moich znajomych. Spojrzeliby pewnie na moje ciało i, po chwili zszokowania, wybąkali coś w stylu "Och, a więc mówisz, że pojechałaś do Azji, tak?". W tej chwili jednak nie dbam o to, mam po prostu nieziemską potrzebę wypicia czegoś super niezdrowego.

Podchodzę grzecznie do okienka i recytuję magiczną formułkę "Qing yi bei zhengzhu nai cha" ("Poproszę jeden kubek bubble milk tea"). Sklepikarka spogląda na mnie przez moment podejrzliwym wzrokiem, po czym pyta:
 - Gen tang? (z cukrem?)
 - Gen tang.
Po chwili w ręce wpada mi papierowy kubek rozmiaru XXL, a w nim wymarzona herbata mleczna z perełkami. Właśnie tego mi było potrzeba.
 - Duoshao qian? (Jaka cena?)
 - Ershi. (Dwadzieścia)
Płacę więc dwiema monetami dziesięciodolarowymi i zbieram się do wyjścia.
 - Xiaojie, ni de zhongwen hen hao! (Panienko, bardzo dobrze mówisz po chińsku!)
Zatrzymuję się. Chcę coś powiedzieć, ale nie wiem, czy powinnam uśmiechnąć się i podziękować, czy może, jak to wymaga kultura chińska, rozpocząć klasyczną gadkę, że nie, że ja tak tylko trochę rozumiem mandaryński, że dopiero się uczę. Z lenistwa i też poniekąd braku znajomości wystarczającej liczby słówek decyduję się na pierwszą opcję.

Do domu na szczęście nie muszę jechać metrem, autobus w zupełności wystarcza, no i jest tańszy o całe dwanaście dolarów (a więc jakąś złotówkę). Na przystanku nie czekam długo, autobus numer 601 podjeżdża po upływie minuty. Macham ręką do kierowcy, co jest dla niego znakiem, że chcę wsiąść - inaczej by się nie zatrzymał. Po wpakowaniu kupra w klekoczący środek komunikacji miejskiej spoglądam na tablicę informacyjną. Udaje mi się rozpoznać jeden jedyny znak, a mianowicie: 下 (xia). Oznacza on, że za autobus płaci się przy wyjściu. No niech im tam będzie.

Mija pół godziny i już jestem pod swoim apartment. Przy okazji mijam dwóch spierających się o coś młodych Japończyków i grupkę nastoletnich Amerykanów - zobaczyć innych waiguoren to nie codzienność, ale ta dzielnica słynie akurat ze szkoły japońskiej i amerykańskiej. To trochę pocieszające, ta świadomość, że w tym kraju, gdzie zagęszczenie Chińczyków na metr kwadratowy jest większe niż piasku na pustyni, nie jest się jedynym "innym". Ledwo żywa wyciągam klucze, otwieram drzwi i, ściągnąwszy uprzednio buty (święta zasada chińska numer jeden), na wpół przytomna włażę do środka. Jedyne, o czym teraz marzę, to łóżko, komórka i słuchawki. Innymi słowy - zasłużony odpoczynek po ciężkim dniu.

O ja naiwna~

  - ALIIIIIIICE! - drze się Reina, wyskakując przede mną znikąd z szerokim uśmiechem na twarzy. Ja nie wiem, skąd ona bierze te pokłady energii, kobieta ma prawie pięćdziesiąt lat na karku.
 - Głodna? Jeść? Jak w szkoła? Gdzie dziś poszła? Rozmawiałaś z tajwańskimi kolega? Ale po chiński czy po angielski? Właśnie, co z chiński lekcje? Wiem, że trzeba pomóc z pracą domową. - Pytania te wyrzuca z siebie jak proca, wprowadzając mnie w niemałą konsternację, bo nie wiem, na co najpierw udzielić odpowiedzi. W tle otwarte drzwi do mojej sypialni, widać nawet skrawek łóżka. Jeszcze bardziej czuję się senna~ Ostatecznie, jak to na rodowitą Polkę przystało, postanawiam się wykręcić.
 - A bardzo dobrze, jak zwykle tak samo wspaniale. Ludzie chwalą mój chiński, co mnie bardzo raduje, bo w końcu ciężko pracuję. Dlatego myślę, że chyba zasłużyłam na chwilę odpoczyn~
 - To świetnie, bardzo się cieszę! A teraz odłóż plecak i zbierz się szybciutko, bo my wyjść za chwila na miasto!

Zdaje się, że moje plany legły w gruzach.

No ale nic, nie będę się sprzeczać. Jakby nie patrzeć, przyjechałam tu właśnie po to, aby odkryć uroki Tajpej. Wychodzimy. Okazuje się, że rodzince zachciało się uatrakcyjnić mi pobyt i zabrać do włoskiej restauracji na spaghetti. Odkąd tu przyjechałam, miałam do czynienia jedynie z azjatyckim jedzeniem - Italian cuisine ma być więc odskocznią. W końcu daję się udobruchać; mimo zmęczenia stwierdzam, że takie wyjście dobrze mi zrobi.

Nie muszę chyba mówić, jak wielką sensację wzbudzam już na samym dzień dobry. Lokal jest ewidentnie przeznaczony dla tubylców, ot taka typowa tajwańska knajpka, tyle że z włoskim żarciem. Co w niej więc robi waiguoren? Zagadka. Z całej siły próbując zignorować gapiących się skośnookich, siadamy z hostami przy najbliższym wolnym stoliku. Co ciekawe, klientela wybałusza gały nawet nie tyle na mnie, co na resztę wesołej rodzinki, bo przecież ośmielili się przyprowadzić kogoś, kogo teoretycznie być tu nie powinno. Po ogarnięciu się (tj. odstawieniu torebki, przyniesieniu dodatkowego krzesła i pogłaskaniu po główce randomowego dziecka, które pyta się, czy może dotknąć moich włosów) czuję, jak głód przejmuje nade mną kontrolę - sięgam więc po kartę dań. I tu zaczyna się problem. Oczywiście Tajwańczykom do głowy nie przyszło, że na ich małej wysepce może zawitać wegetarianka, toteż wszystkie pasty zawierają magiczny składnik pod nazwą "mięso". No i co ja mam biedna zrobić? Zdesperowana wertuję menu od deski do deski, dokładnie studiując każde danie. Opisy po chińsku, więc zawartości potraw pozostaje mi domyślać się z obrazków. Ostatecznie wybieram coś na bazie ciasta ryżowego a la pizza, tyle że właśnie z ryżu. A propos, jest to roślina, która towarzyszy mi przy każdym posiłku i jakiś wewnętrzny głosik podpowiada mi, że wkrótce stanie się on moim znienawidzonym elementem jedzenia.

Po godzinie wracamy do domu. Niestety, zamówione przeze mnie danie okazuje się niezjadliwe, a że nie chcę robić mojej cudownej rodzince przykrości (i przy okazji hecy wśród Tajwańczyków, że waiguoren wybrzydza), postanawiam radośnie oznajmić "Wo chi bao le, wo chi bao le!" ("Już jestem najedzona, już jestem najedzona!"). Rzeczywistość jest taka, że ściska mnie teraz z głodu w żołądku. Tuż po powrocie przypominam sobie, że przecież jestem nieziemsko wykończona, tak więc standardowo zrzucam ze stóp buty i jak strzała biegnę do sypialni. W ostatniej chwili Reina łapie mnie za ramię. Matko święta, czego oni jeszcze ode mnie chcą~

Host mother jak zwykle uśmiechnięta się od ucha do ucha. Muszę przyznać, że jej postawa nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Kobieta-maszyna. Jestem pewna, że gdybym dokładnie poszukała, to znalazłabym na jej ciele jakiś wyłącznik.
 - Alice, to kiedy ty idziesz czyścić ciało? Ciało, ciało, ciało! - Tryskając życiem, Reina wyciąga przed siebie ręce, wycierając ramiona niewidzialnym ręcznikiem i poruszając się w rytm jakiejś nieznanej mi melodii.
 - "Czyścić ciało"? - Dziwię się. - Ach, w sensie wziąć prysznic? Dziś już chyba nie dam rady, zmęczona jestem, umyję się rano.
Szybko orientuję się, że mówiąc coś takiego, popełniam ogromny błąd. Reina staje osłupiała, wyraźnie nie mogąc pojąć, o co mi chodzi. Na jej czole pojawia się delikatna zmarszczka. Zapowiedź wybuchu wulkanu.
 - Ale~ Myć? Ty się nie myć? Wiesz, że to niezdrowe? Trzeba się myć każdy dzień!
W ten oto sposób dostaję dziesięciominutowy wykład o tym, dlaczego należy dbać o higienę osobistą (czyli wzięto mnie za brudasa, fajnie). Jednocześnie jestem pouczana, że dźwięk prysznica może z rana pobudzić sąsiadów, którzy to z kolei będą mieć pretensje nie do mnie, a do Hunterów, więc, krótko mówiąc, mycie się rano odpada i jakże śmiałam w ogóle o coś takiego zapytać. Przeważnie walczę do upadłego, za wszelką cenę próbując dowieść swojej racji, ale w tym wypadku uznaję, że byłaby to strata zarówno Reiny, jak i mojego czasu, więc, ostatecznie dając za wygraną, biorę w łapę ręcznik i potulnie udaję się do łazienki.

Dwudziesta trzecia. Mój mózg właśnie przestaje funkcjonować normalnie. Modląc się, aby już więcej o nic mnie nie poproszono, na palcach udaję się do sypialni (na palcach, bo nie chcę dawać hostom kolejnego powodu do głoszenia mi kazania, w tym wypadku typu "chodź ciszej, bo słychać cię na drugim końcu apartment"). Zamykam drzwi i rzucam się na łóżko, w którym to czeka już na mnie tłuściutki mąż (znaczy się maskotka Domo-kun). Zarzucam kołdrę na głowę i próbuję usnąć. Nic z tego. Ja wiem, że pewnie jest to ciężkie do zrozumienia, ale im bardziej zmęczona jestem, tym trudniej mi odpłynąć do krainy snów. Tej nocy robię się wyjątkowo niespokojna. Mogłabym powiedzieć, że moje życie w Tajpej to sielanka - i na pierwszy rzut oka tak właśnie jest, ale powoli dociera do mnie fakt, że jestem daleko od domu. I to całkiem sama. A ja mam czasem ochotę usiąść na swojej polskiej kanapie, wziąć do ręki polski pilot, włączyć polski telewizor i obejrzeć polskie wiadomości. Marzę o pójściu do polskiej księgarni i przejrzeniu kilku polskich repetytoriów do chemii, aby w spokoju móc w Polsce pozdawać wszystkie egzaminy na studia. Polska, Polska~ Tak bardzo mi jej brakuje.

Pogrążonej w nostalgii i pewnego rodzaju melancholii, jakby odseparowanej umysłem od swojego ciała, zlodowaciałej od wiatru wlatującego przez okno sypialni, udaje mi się usnąć nad ranem.

Zrywam się o jedenastej. Plany na dzisiaj - tajwańskie kino z kilkoma exchange students. Znaczy się nie do końca tajwańskie, bo film o wdzięcznym tytule "Grawitacja" produkcji brytyjsko-amerykańskiej z małym dodatkiem w postaci chińskich krzaczków na dole ekranu, ale rzecz w tym, że nadal w Tajwanie. Wykonawszy podstawowe czynności zaraz-po-przebudzeniu (ząbki, mejkap, śniadanko), przechodzę do wyboru stroju. Jest to rzecz, która zabiera mi najwięcej czasu, bo z reguły nigdy nie da się przewidzieć, czy danego dnia będzie gorąco, czy może nad miastem urwie się nagle chmura i zaszczyci mieszkańców deszczem trwającym trzy dni. Ostatecznie stawiam wszystko na jedną kartę i wybieram kieckę za kolana z krótkimi rękawkami, ale też, tak na wszelki wypadek, biorę ze sobą parasolkę, którą użyczyli mi hości. Trzecią parasolkę, bo dwie pozostałe zostały dosłownie zdmuchnięte przez wiatr. Mam nadzieje, że tym razem nie dojdzie do żadnego wypadku, bo nie potrafiłabym już więcej spojrzeć Hunterom w twarz.

Seans startuje o 15.40, ale z kompanią spotykamy się już o 14.20, bo trzeba doliczyć czas na dojazd i ewentualną kolejkę w kinie. Kompletnie nieświadoma tego, co mnie czeka, wychodzę z domu pół godziny przed umówionym czasem.

Droga. Na chwilę do Seven Eleven. Z powrotem droga. Przystanek. Autobus. Babcia w autobusie zerkająca na mnie wyłupiastymi oczami. Daję słowo, że widziałam je już w jakimś horrorze. Przystanek autobusowy again. Stacja Mingde. STOP. To tutaj mamy się wszyscy zebrać. Sobota, także widzę głównie dzieciaki cieszące się z weekendu, czasem trafi się jakaś zakochana para. Tuż obok mnie przechodzi pan z wózkiem pod parasolem sprzedający lody. O, ma nawet mój ulubiony smak, taro. Kobieta przybrana w strój godny paryskiego pokazu mody rozmawia przez komórkę w jakimś nieznanym mi języku, towarzyszy jej jegomość w białym garniturze i długich, ulizanych włosach. Pewnie jacyś celebryci. Albo mafia. Patrzę za siebie; zza rogu wyjeżdża tuzin skuterów. Jakiś berbeć próbuje wyjść na ulicę, ale jego mama łapie go za kołnierz w ostatniej chwili. Przygląda się im palący falkę staruszek w tradycyjnym nakryciu głowy. Ani śladu innych wymieńców, a tu już wpół do trzeciej.

Po trzech minutach przybywa zziajany Naoki, okulary zsuwają mu się na sam czubek nosa, a pot dosłownie spływa po jego twarzy, która przywodzi mi teraz na myśl sportowca, co bardzo się starał zdobyć dobry wynik, ale coś mu nie wyszło. Zdyszany staje przede mną i bez słowa wyciąga z plecaka ręcznik (kto normalny zabiera ręcznik do kina?! i gdzie on to zmieścił?), którym następnie wyciera mokrą głowę, jakby dopiero co wziął prysznic. Wygląda jak po przebiegnięciu maratonu i w sumie trochę mi go szkoda, ale moja duma i surowa natura każą mi zachować pokerową twarz i naturalnie zaczynam mu wypominać, że przecież byliśmy umówieni, że się spóźnimy na seans, że kierowca autobusu nie doda do dechy ze względu na kilku młodocianych waiguoren, że kolor zielony jest brzydki i że czereśnie mają za duże pestki w stosunku do pozostałej części owocu. Przypadkowi przechodnie z ciekawością obserwują naszą dwójkę, wpatrując się nawet nie tyle we mnie, co w Naokiego, bo, chociaż ewidentnie Azjata, to w oczach Tajwańczyków przebywanie z białą również czyni z niego "jakiegoś dziwnego człowieka" (czyli krótko mówiąc kolejnego waiguoren). A co waiguoreński Azjata może robić z waiguoreńską dziewczyną na stacji tajwańskiego metra w połowie października?

No ale dobra, grunt, że ostatecznie raczył się zjawić.

Nowy problem - nadal brakuje trzech osób. Zrozpaczona wykręcam numer do Anakayli a.k.a. Pani Kolorado.
 - Halo, Ana? Gdzie ty, kurde, jesteś?!
 - Spokojnie, wszystko pod kontrolą, jestem ze Stevenem, właśnie dojechaliśmy - Słyszę niewyraźnie, bo jakiś szum skutecznie wszystko zagłusza. Coraz mniej mi się to podoba.
 - Właśnie dojechaliście? Znaczy gdzie jesteście?
 - Szpital Wantang, tak? Brązowa linia?
Uroczyście oświadczam, że mam dość życia na tej planecie.


 - Mingde, czerwona! Naoki ci nie przekazał? Miał ci napisać!
Pan Japonia, co prawda, naszej konwersacji nie rozumie ni w ząb, ale na dźwięk swojego imienia porusza się niespokojnie. Jego mina nie świadczy o niczym dobrym.
 - No coś tam takiego było, ale nie pamiętam dokładnie. Pięć minutek, dobrze?
Nie wytrzymuję, rozłączam się. Jeżeli zmiana linii z brązowej na czerwoną w celu dojechania na drugi koniec stolicy ma zająć pięć minut, to ja chyba pochodzę z Marsa. No ale trudno, trzeba czekać. Wkurzona do reszty spoglądam z wyrzutem na Pana N. Od jakiegoś już czasu zdołowany podziwia strukturę sznurówek swoich trampek. Momentalnie robi mi się przykro, czuję, że niepotrzebnie na niego nakrzyczałam.
 - Hej, jak tam twój angielski? Uczysz się pilnie?
 - Tak. - To przeważnie najdłuższe zdanie, jakie pada z jego ust, o ile nie jest w jego rodzimym języku. Wzdycham ciężko.
 - No to powiedz mi, jak tutaj dotarłeś.
I tak zaczyna się szaleńcza opowieść o "skręcaniu w prawo", "skręcaniu w lewo", "byciu spóźnionym" i "niewiedzeniu, czy to na pewno dobra droga". Przerywam mu ostatecznie, bo dostrzegam nagle znajomy napis "Sushi take-out".
 - Nao, patrz, chyba powinieneś czuć się jak w domu! - Tuż obok nas wskazuję palcem na olbrzymi baner zapraszający wszystkich chwytliwym tekstem "Oishii sushi" ("Pyszne sushi"). Reakcja natychmiastowa. Dwójka rozszalałych waiguoren rzuca się w stronę stoiska, odstraszając tym samym resztę klientów (w końcu jako źli obcokrajowcy możemy podłożyć bombę albo zrobić powtórkę z wyspy Utoya). Pani zza lady łypie na nas morderczym wzrokiem, ale nie odzywa się ani słowem. W powietrzu atmosfera, jakby zaraz miało się stać coś niedobrego.

Nie przejmując się niesprzyjającymi warunkami do robienia jakichkolwiek zakupów (wspomniana pani), chwytam paczkę z onigiri. Przyznam, że ochotę mam wielką, ale jak zwykle gryzie mnie jedna rzecz - z mięsem to-to czy bez?
Etykietka w języku chińskim, która nie mówi mi absolutnie nic. Na szczęście potrafię dobrać sobie odpowiednie towarzystwo.
 - Ej, ty znasz chińskie znaki. Powiesz mi, co tu jest napisane?
Nao przejmuje ode mnie japoński produkt made in Taiwan. Mina rzednie mu dzisiejszego dnia już po raz trzeci.
 - Przepraszam, ja nigdy dobry nie.
 - Powiedz to jeszcze raz, ale poprawnie.
Głęboki wdech. Widać, że stara się, jak może.
 - Nigdy dobry nie byłem to.
 - Jeszcze raz, powoli. "Nigdy nie byłem w tym zbyt dobry".
Towarzysz strzela focha, ale ja nadal mam ochotę na onigiri, więc ciągnę go uparcie za sobą i dobijam się do sprzedawczyni, której ekspresja twarzy wyraża mniej więcej "odstraszyliście mi klientów, przegrzebaliście połowę towaru, gadacie w dziwnym języku i w ogóle czego wy jeszcze tutaj szukacie". Uśmiecham się sympatycznie i pytam na tyle grzecznie, na ile pozwala mi mój chiński:
 - Duibuqi, zhige you mei you rou? (Przepraszam bardzo, czy to zawiera mięso?)
W tym momencie chcę przejąć pudełko od Naokiego, ale jakimś nieszczęśliwym trafem doprowadzam go do upadku. Teraz leży obolały na podłodze, a tuż obok niego moje oczy wychwytują rozwalone onigiri. Plakietka z opakowania fruwa sobie dwa metry dalej. Zastygam w przerażeniu. Siedem miliardów ludzi żyje na tym świecie, więc dlaczego coś takiego musi się przytrafiać właśnie nam?

Rozwścieczona kobita wybiega zza lady, wielkimi łapami podnosi Naokiego z podłogi i, szamocząc nim na wszystkie możliwe strony, coś tam drze się po mandaryńsku, ale jestem zbyt zszokowana, by odpowiednio zareagować. Naoki chyba też, bo w akcie desperacji zaczyna bełkotać słowa przeprosin. Tyle że po japońsku. Ostatecznie zostajemy wyrzuceni.
  - Shinjiru koto ga dekinai~ - mruczy pod nosem wyraźnie wkurzony Pan Japonia, masując się po szyi, kiedy wracamy razem na stację. Mimo wszystko uśmiecham się delikatnie.
 - Matte yo. Kore wa eigo de nanto imasu ka? (Czekaj. Jak to powiesz po angielsku?)
 - No po prostu nie wierzę!
Całe pięć słów i ani jednego błędu. Pękam z dumy.

Za dziesięć trzecia. Usiłując zachować spokój, po raz drugi dzwonię do Anakayli.
 - Ana, możecie się w końcu łaskawie zjawić?
 - No jesteśmy już przecież!
Rozglądam się po stacji. Ani śladu cielsk dwóch Amerykanów. Trzymajcie mnie, bo zaraz coś zrobię. To są po prostu zwykłe kpiny. Oni kpią ze mnie!
 -  Na pewno jesteście w Mingde?
 - Jakie Mingde? W Głównej Stacji Metra.
Zaczyna mnie telepać, więc Naoki ze zmartwionym wyrazem twarzy delikatnie przejmuje ode mnie telefon i cienkim głosikiem szepcze do słuchawki pokaleczoną angielszczyzną "Anakayla, my stacja Mingde. Wy przyjechać tu.". Wściekła wyrywam mu komórkę z ręki. Koniec tego dobrego, nikt nie będzie sobie robił ze mnie jaj.
 - Pięć minut, daję wam pięć minut i idziemy bez was! Na razie!

Po tym namiętnie wypowiedzianym zdaniu rozłączam się. Czuję, jak palą mnie policzki i podejrzewam, że muszę być czerwona jak burak, o czym dodatkowo świadczy fakt, że Naoki ze swojego plecaka bez dna wyciąga tym razem wachlarz i robi mi za wiatrak. Jestem zła, ale mam doskonałe wytłumaczenie na swój beznadziejny humor. Pół godziny spóźnienia, no co to ma być, pytam się?! I gdzie, do jasnej ciasnej, jest ta druga Amerykanka?
 - Nao, a co z Bridget? Gdzie ona? Możesz się z nią skontaktować? Nie mam jej numeru.
Pan Japonia patrzy na mnie przez chwilę otępiałym wzrokiem, po czym kręci głową, co ma być znakiem, że mnie nie rozumie. Zamykam oczy, biorę głęboki wdech i głośno wypuszczam powietrze ustami. Nie mogę wybuchnąć, nie przy tych wszystkich przypadkowych ludziach za stacji, dla których i tak jesteśmy już wystarczająco wielką sensacją. Aleksandra Ziemniewska definitywnie potrzebuje czegoś, co ją uspokoi~ Jak brzmiała ta reguła rośnięcia wartości elektroujemności?

Po minucie wszystko wraca do normy. Ponownie zwracam się do chłopaka.
 - Bridget wa doko ni iru ka shitte imasu ka? (Wiesz, gdzie może być Bridget?)
Towarzysz doznaje nagłego olśnienia (lepiej późno niż wcale) i, ku mojemu szczeremu zaskoczeniu, odpowiada po angielsku:
 - Bridget nie przyjdzie. Coś się stało i nie może z nami pójść. Zapomniałem ci powiedzieć, przepraszam.
Znowu zero błędów. Powoli odzyskuję wiarę w ludzkość. Co tam spóźnieni Anakayla i Steven, kiedy mam przed sobą Japończyka, który w miesiąc spędzony w chińskojęzycznym kraju opanował podstawowe zwroty po angielsku! No i co to świadczy o mnie jako "nauczycielce"? Świat nie jest chyba jednak taki zły~ Ledwo zaczynam dostrzegać pozytywne strony życia, a tu co?

Burza.

Leje jak z cebra, do tego wiatr, zupełnie jakby zanosiło się na tajfun. Ludzie uciekają do swoich apartment, niektórzy są na tyle odważni, że pootwierali parasole i dalej brną przez to pogrążone w deszczowej katastrofie miasto. Wybija godzina trzecia. My nadal czekamy w Mingde.

W końcu dostrzegam w bramkach burzę włosów Anakayli i tlenione kudły Stevena. Moje serce nie posiada się z radości. W podskokach udawanego szczęścia podbiegam do nich teatralnie, uśmiechając się ironicznie.
 - Ojej, dotarliście w końcu po godzinie~ ZAMORDUJĘ.
Naoki łapie mnie za ramię i ze łzami w oczach patrzy na mnie błagalnie. No tak, to japońskie branie wszystkiego dosłownie~
 - To przenośnia, głupku! Niby co myślałeś, że zamierzam przez nich siedzieć w więzieniu?
 - Pani Polsko, wielkie sorry, no staraliśmy się, ale to w końcu zawsze ty robisz nam za mózg! - Anakayla próbuje wziąć mnie na litość.
 - Nieważne - stwierdzam, wzruszając ramionami. - Ale na seans na bank nie zdążymy. Mamy dwadzieścia minut. Nadal chcecie iść?
Wszyscy kiwają głowami, że tak, że przecież po to się w końcu zebraliśmy. Jako że jestem jedyną osobą, która zna drogę do kina (ale tylko dlatego, że znajduje się ono w Tianmu, czyli mojej dzielnicy), zamieniam się w przewodnika. I tak nasza czwórka opuszcza stację metra, przy okazji mijając "Sushi take-out". Już z daleka widzę wściekłą sprzedawczynię, która ręką sygnalizuje nam, żebyśmy nawet nie ważyli się zbliżać.

 

Tak prezentuje się stoisko po tym, jak wspólnie z Panem Japonią zdążyliśmy odstraszyć klientów.

Steven unosi brew w zdziwieniu.
 - Co ona, jakiś gorszy dzień ma?
 - Pewnie myśli, że obcokrajowcy to tylko chaos potrafią siać! - żartuje Pani Kolorado, wybuchając szyderczym śmiechem. Wymieniamy z Naokim znaczące spojrzenia. Chyba lepiej będzie nie wtajemniczać naszych Amerykanów w historię z onigiri. Wyciągam parasol, bo w ciągu kilku minut burza zamieniła się w coś na kształt małego tsunami. Po chwili w ręku pozostaje mi sama tylko rękojeść, gdyż pozostała konstrukcja w najmniej oczekiwanym momencie zerwała się i poszybowała gdzieś dalej.
 - Szlag, to już trzeci! Hości mnie zabiją!
 - Ja zepsułem pięć - oznajmia Steven, wystawiając gołą twarz w stronę nieba - dlatego postanowiłem zacząć żyć z deszczem w symbiozie.
 - Mogę pożyczyć ci mój - proponuje mi Naoki, sięgając do plecaka i wyjmując dwie składane parasolki, jedną dla mnie, jedną dla siebie, co utwierdza mnie w przekonaniu, że ów z pozoru niewinny wyrób firmy Adidas jest autentycznie magicznym plecakiem bez dna.
 - Człowieku, co ty tam jeszcze masz w środku - mruczę pod nosem, przyjmując parasol. - No dobrze, kompanio, idziemy!

I tak łapiemy autobus, kierując się w stronę Placu Tianmu, który znajduje się tuż obok domu moich hostów. Pokonując następnie sprintem trasę trzystu metrów stajemy przed department store - to właśnie tutaj mieści się kino. Pierwszą rzeczą, jaka przeciętnemu turyście rzuciłaby się w oczy, jest z całą pewnością gigantyczny stojak na parasole - ja to nazywam "postojem". Ze względu na zmienną pogodę Tajwańczycy parasole noszą ze sobą wszędzie, a jako że jest to coś, co na tej wyspie może zostać zmiażdżone przez wiatr/deszcz/tajfun dosłownie w każdej chwili, są one podstawowym celem rabusiów. Tak, tutaj kradnie się głównie parasole. Odnajdziesz zgubiony telefon, ale pozostawionej na chwilę parasolki już nie, zabawne, prawda? Toteż głównym zadaniem "postoju" jest zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim parasolom, których bogaci właściciele (no tanio to tutaj nie jest) odważyli się wydać dorobek swojego życia w department store.

Ostrożnie umieszczam parasolkę Naokiego w jednym z boksów, po czym daję znak towarzyszom, że oto jesteśmy na miejscu. I tak czworo małoletnich waiguoren ostatecznie wkracza do najprawdopodobniej najdroższego obiektu budowlanego w całym Tajwanie - Shin Kong Mitsukoshi Department Store. Samo kino jest wielkości budynku szkolnego; rozrzucone po trzech piętrach, składa się z ogromnego holu głównego, licznych korytarzy i korytarzyków oraz wieeelu sal kinowych. Przed jedną z nich stoi dumnie okazała statua Supermana. 









Po małej sesji (Steven odmówił zrobienia sobie zdjęcia, sztywniak jeden) kierujemy się w stronę kasy po bilety. Za ladą dwie osoby, chłopak w wieku studenckim i nieco starsza kobita. Na nasz widok na ich twarzach automatycznie pojawia się słynna mina pod tytułem "O mój Boże, tylko nie to". Aha, czyli ci też nie znają inglisza. No to mamy problem, bo o ile każde z nas bez problemu potrafi zamówić miskę zupy i herbatę, o tyle kino to już inna bajka. Jak po mandaryńsku poprosić o cztery bilety ulgowe? Tego nas w szkole nie nauczyli.

Chłopak po chwili dostrzega kulącego się za mną, Aną i Stevenem Naokiego i, w pełni przekonany, że ma do czynienia z rodakiem, klaszcze w ręce i rozpoczyna długi monolog w języku chińskim. Nao klasycznie robi wielkie oczy i po minucie jednostronnej konwersacji decyduje się sprostować, że nie jest Chińczykiem, a waiguoren i że po chińsku co prawda mówi, ale tylko troszkę (znaczy niewystarczająco, żeby gościa zrozumieć). Facet wzdycha ciężko.
 - Qing wen nimen dou shi na guo ren? (Wolno spytać, skąd wszyscy jesteście?)
 - Wo laizi Bolan (Ja jestem z Polski) - bąkam bez namysłu.
 - Meiguo (Stany) - mówią jednocześnie Anakayla i Steven.
 - Riben (Japonia).
Gość wyraźnie doznaje ulgi.
 - Nihon kara? Hontou ni? Yokatta, boku wa nihongo wo wakaru ne! (Z Japonii? Serio? Jak dobrze, akurat znam japoński!)

Czyli problem z barierą językową rozwiązany. Pojawia się jednak nowy, a mianowicie "Grawitacja" trwa już dobre pół godziny, a oglądanie filmu od połowy większego sensu raczej nie ma. Decydujemy się pójść na następny seans wyświetlany za trzydzieści minut. W tym momencie wydarza się rzecz bardzo przykra, bo Steven drapie się po głowie i stwierdza, że obiecał swojej host rodzinie wrócić przed szóstą, co jest parafrazą słów "będę się już zbierał". Szkoda.

Żegnamy się więc i po pół godzinie kierujemy waiguoreńskim stadem pomniejszonym o jednego osobnika płci męskiej pochodzenia amerykańskiego odnaleźć naszą salę. Pewnie myślicie sobie, że jest to normalnej wielkości sala kinowa z normalnymi, średnio wygodnymi siedzeniami i normalnym ekranem, która poza faktem, że jest tajwańska, nie wyróżnia się niczym szczególnym~ I tu, kochani, mimo że moje serce cierpi katusze, muszę Was niestety uświadomić, że macie rację.

Półtorej godziny zlatuje naprawdę szybko. Mogę powiedzieć, że jestem z siebie dumna, bo nie mam absolutnie żadnego problemu w zrozumieniu tego, co mówią aktorzy. The things just happen if you are an exchange student. Co mnie urzeka to przede wszystkim to, że jeden z głównych bohaterów nosi nazwisko Kowalski; na początku sądziłam, że się przesłyszałam, ale po podekscytowanych piskach Anakayli ("Alex, wy Polacy jesteście wszędzie, nawet w naszych filmach!") nie mam już żadnych wątpliwości. Polska może nie gra jakiejś tam ważnej roli w świecie, ale skoro Amerykanie nadają astronaucie polskie nazwisko, to chyba znaczy, że mają nas za naród dość inteligentny. Nie to, żebym była jakaś nieskromna, ale, patrząc na siebie, stwierdzam, że za wiele się nie pomylili, heheszki.

Opuszczamy salę i nadchodzi pora pożegnań; jako odważna Polka zapoczątkowałam modę przytulania się na dowidzenia, więc obściskuję mocno najpierw Panią Kolorado, a następnie Pana Japonię. Wieczór moglibyśmy zaliczyć do naprawdę udanych, gdyby może nie to spóźnienie Anakayli i Stevena, a także~
 - Ej, Nao, która godzina?
Chłopak grzebie po kieszeniach spodni, po czym zaczyna przeszukiwać swoją bluzę i ostatecznie sięga też do wnętrza plecaka bez dna. Jego twarz nabiera teraz barwy śnieżnobiałej.
 - Nie ma go - szepcze tak, że ledwo go słyszę - mojego iPhone'a~
Posyłam Anie wrogie spojrzenie.
 - Weź, wszyscy jesteśmy zmęczeni, nikt nie ma siły na wygłupy, więc oddaj mu ten telefon, okej?
Anakayla przysięga jednak z ręką na sercu, że tym razem to nie ona i gdy po kilku minutach kłótni dochodzimy do wniosku, że autentycznie to nie jej sprawka, robi się nieciekawie. Żeby było lepiej - martwimy się głównie ja i ona, Naokiego zdaje się to komletnie nie ruszać. Ana wymierza mu cios w czoło.
 - Czemu ty się w ogóle nie przejmujesz?! Zgubiłeś telefon warty kilka tysięcy i wszystko w porzo?!
 - Spokojnie - uspokaja Naoki - na pewno odnieść go do kasy ktoś.
Obie patrzymy na niego litościwym wzrokiem. Nastaje głęboka cisza, tak że słychać nawet przelatującą obok muchę. Na wszystkich istniejących i nieistniejących bogów chińskich, arabskich, rzymskich i greckich~ Na jakim świecie ta biedaczyna żyje~
 
Jak gdyby nigdy nic chłopak kieruje się w stronę kasy. Nie chcemy z Anakaylą gasić jego optymizmu, chociaż w głębi duszy szkoda go nam, no bo jednak iPhone tanią rzeczą nie jest i stracić taki gadżet~ no po prostu niefajnie. Ale w sumie sam sobie na to zasłużył, takich rzeczy powinno się pilnować i chronić za cenę własnego życia. Kątem oka widzę, jak Nao gawędzi przez chwilę z gościem, który sprzedał nam wcześniej bilety. Nie mija nawet minuta, gdy staje przed nami uśmiechnięty.
 - Mam go! - oznajmia, machając nam zgubą przed nosem. Zarówno mi, jak i Anie opada szczęka.
 - Ja nie mogę, Japońce to jednak mają farta! - Wyrywa się Anakayli. Wszyscy wybuchamy śmiechem, wzbudzając ciekawość Tajwańczyków, którzy tego wieczoru grzecznie przyszli obejrzeć sobie film. To waiguoren potrafią się śmiać? Znaczy odczuwają emocje? Jak ludzie? Naprawdę? No kto by przypuszczał~

Jestem w domu na dziewiętnastą. Znaczy się na siódmą, bo Tajwańczycy nie uznają czasu dwudziestoczterogodzinnego. Całe szczęście udaje mi się wmówić hostom, że jestem po kolacji i to z tego powodu nie czuję głodu, bo gdyby się dowiedzieli, że zajadałam się w najlepsze popcornem, to zarządziliby mi chyba dietę (cały czas utrzymują, że mam nadwagę). A jak wyglądałaby taka dieta? Ryż, ryż i sam tylko ryż. A Aleksandra ryżu ma już dość.

Powtórka chińskiego, szybki prysznic przed snem (święta zasada chińska numer dwa) i do łózia. Z rozkoszą zatapiam się w ciepłą, suchą pościel. Tyle emocji dzisiejszego dnia. Ciekawe, co wypadło Bridget. I czemu hości Stevena każą mu tak wcześnie wracać do domu. A Naoki? Jak zwykle ciapa, stanowczo powinien być ostrożniejszy~ Rozmyślając nad swoim jestejstwem, leżę spokojnie na tych wszystkich warstwach chińskiego prześcieradła. Jest mi przyjemnie, ale za nic nie mogę usnąć. Żebym mogła w spokoju odpłynąć, potrzebuję pełnego relaksu. A do niego brakuje mi jednej rzeczy. Domu~

***

Napisałam tego posta w sposób "książkowy", aby pokazać Wam, jak wygląda na Tajwanie życie białego człowieka "nie turysty". Wszystko, co tu opisałam, jest smutną prawdą. Waiguoren po chińsku znaczy obcokrajowiec, a jak jesteś obcokrajowcem, to Tajwańczycy nigdy, przenigdy nie będą Cię traktować jak swojego. Będą się do Ciebie uśmiechać, zapraszać Cię na wspólne wypady i tak dalej, jednak w ich oczach na zawsze pozostaniesz "czymś takim dziwnym"~ Być może stąd też moja tęsknota za Polską.

W następnej notce - Destination: tea farm!

piątek, 4 października 2013

Dzień po dniu: Polka wśród Chińczyków

Xin-Yen cieszy się głupotami. Tymi drobnymi chwilami, które właściwie nic nie znaczą, ale jednak nadają jakiś tam sens jej życiu.

W szkole idzie mi coraz lepiej. Pani Li (moja nauczycielka) ostatecznie doszła do wniosku, że nie potrzebujemy już więcej uczyć się "bopomofo" i postanowiła rozpocząć z nami poważną naukę. Mówiąc poważną, mam na myśli stanie w kółeczku i śpiewanie piosenek dla przedszkolaków o tekście: "Yi, er, san, si, wu, liu, qi. Wo de pengyou zai nali? Zai zheli, zai zheli, wo de pengyou zai zheli." ("Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem. Gdzie jest mój przyjaciel? Jest tutaj, jest tutaj, mój przyjaciel jest tutaj."). Mówię Wam, psychodela pokroju Teletubisiów.

Tak w ogóle stwierdzam, że minimalna wiedza o japońskim jednak ułatwia naukę mandaryńskiego. Wszystkie testy piszę na sto procent, bo wiele znaków już zwyczajnie znam. Skupiam się więc na zapamiętywaniu chińskiej wymowy, bo ta akurat od japońskiej jest całkiem różna. I, niestety, o wiele trudniejsza.



W czwartek dwudziestego szóstego wybraliśmy się w naszym niezmienionym składzie (znaczy się Pani Polska, Pani Kolorado, Pani Teksas i Pan Japonia) na łyżwy. Pomijając to, że nikt z naszej czwórki ewidentnie nie ma pojęcia o ice-skatingu, naprawdę świetnie się bawiliśmy. Dzień został zwieńczony kolacją w McDonaldzie (nie pytajcie, kto wpadł na ten cudowny pomysł). Krótko mówiąc, powoli przestaję być istotą aspołeczną. To chyba dobrze. Ostatnio tak sobie myślę, że kurde~ mam przyjaciół z całego globu. Stany, Tajwan, Japonia, Brazylia, Francja, Holandia, nawet Bermudy~ Łohoho.

No ale rodzinka i tak najlepsza.










Ej, bo tak w ogóle to zauważyłam dziwną rzecz. Nie chcę tu na nikogo wrzucać, no ale kurczę, Naoki jest taki~ dziewczęcy. Gada na babskie tematy, nosi damską torebkę i zwyczajnie zachowuje się jak kobieta (przy czym nie jest gejem). Po bliższym przyjrzeniu się również i Chińczykom stwierdzam, że to chyba po prostu takie azjatyckie skrzywienie. Chłopaki z mojej szkoły są ze sobą naprawdę blisko. W Polsce zazwyczaj się tylko rozmawia, a tutaj klepią się co chwilę po plecach, przytulają do siebie na korytarzach ot tak, bez powodu, chichoczą głupkowato, zakrywając usta ręką i się rumieniąc, przeczesują palcami grzywki w niezbyt męski sposób, często mają kolczyki i rozjaśniane włosy (powiedziałabym, że nawet częściej niż przedstawicielki płci przeciwnej), u jednego osobnika zauważyłam makijaż~ Żeby było jeszcze lepiej, żeńska część uczniów przeważnie pozostaje poważna i wyraża się niemal tak samo dojrzale jak grono pedagogiczne. A teraz postawcie sobie takiego przeciętnego chińskiego chłopaka obok przeciętnej chińskiej dziewczyny. Jak tak na to spojrzeć z boku, to powstaje naprawdę zabawny kontrast.

W zeszłą niedzielę tutejszy Rotex postanowił porwać nas w swe chińskie objęcia i zabawić z nami w grę spróbujcie-to-zrobić-jak-się-wam-uda-to-fajnie-a-jak-nie-to-oblejemy-was-wodą. Dla niedoinformowanych, Rotex jest stowarzyszeniem zrzeszających byłych wymieńców z danego dystryktu, czyli w tym przypadku z Tajpej. Na szczęście zdołałam ocalić swoje włosy od wodnej katastrofy i nikt nie musiał dostępować zaszczytu podziwiania afro, które pojawia się za każdym razem, gdy moja głowa ma do czynienia z tak niesamowitym związkiem chemicznym, jakim jest tlenek wodoru. A to wredny Rotex, w zaproszeniu napisali, że zapraszają nas na podwieczorek!



Nie wiem, co moi hości mają z morzem, to chyba ich jakieś prywatne zboczenie. Przed paroma dniami zabrano mnie do kolejnego muzeum morskiego. Tym razem, niestety, byłam bez towarzystwa, ale w sumie jak tak o tym myślę, to może i nawet lepiej, bo, chcąc nie chcąc, całą uwagę skupiłam na ekshibicjach. Muzeum mieści się gdzieś tam poza Tajpej i słynie z doskonałego widoku na Żółwią Wyspę, która nie bez powodu nosi tę nazwę (znaczy się jak na nią patrzysz, to ewidentnie widzisz żółwia).













































video


Po wszystkim Hunter postanowił uprzykrzyć życie mi i Ashley i zabrał nas do swoich znajomych, którzy~ no, powiedzmy, nie do końca się nami interesowali. Dodam, że spędzić mieliśmy tam cały wieczór, w dodatku w towarzystwie dzieciaków w wieku wczesnoszkolnym, a więc podsumowując jednym słowem: apokalipsa. Na szczęście okazało się, że mimo, iż Ash ma tylko trzynaście lat, można pomówić z nią na wiele dojrzałych tematów takich jak np. geneza słynnej nienawiści Tajwańczyków do Chińczyków z kontynentu.


Najprawdziwsze pole ryżowe.




Młoda stonoga. Dla bezpieczeństwa rekomenduję nie dotykać.




Komentarz koleżanki z Polski: "Podejrzewam, że z tyloma przyciskami ten turbokibel może służyć nawet jako rakieta kosmiczna, omg".




Mam jeszcze kilka randomowych zdjęć, których za nic nie potrafiłam przypisać do żadnej kategorii, więc poszłam na łatwiznę i wrzuciłam je do folderu "Inne".


Mugua niu nai - mleko z papai. Moje ulubione.


Xigua niu nai - mleko arbuzowe.


Informacja dla uczniów w szkolnej toalecie. Jako że i tak nic z niej nie rozumiem, zwyczajnie ją olałam, ale ciii.


Tutaj możecie zobaczyć Joe, tego słynnego nauczyciela od writing and literature.


Stacja metra.






Bransoletka, którą zrobiłam własnoręcznie. Czyli chyba nie jestem aż takim beztalenciem?

Jeszcze jedna rzecz~ Czuję się tu jak w zakupowym raju. Sukienki za równowartość 20 zł, firmowe gadżety z Hello Kitty czy Rilakkumą za śmieszne ceny, jedzenie za pół-darmo~ Idę sobie przez miasto i nie dbam o pieniądze, co w moim wypadku jest baaardzo niestandardowe, gdyż moje skąpstwo jest powszechnie znane nie tylko wśród członków rodziny, ale też i znajomych. Sprzedawcy traktują mnie jak królową na zasadzie "Nasz klient nasz pannnn!". Gdy kupuję coś na ulicy, to przygląda mi się przeważnie tłum ludzi i często mogę usłyszeć teksty w stylu "Kan ta. Mei~ Meiguoren~" ("Spójrz na nią. Ame~ Amerykanka~"). A ja idę dalej zadowolona, wymachując portfelem i szastając kasą na prawo i lewo, jakbym była bogaczem z Rosji. Nocne markety, lokalne targi, olbrzymie galerie tylko czekają, aż w nich zawitasz.

Moje odczucia można streścić tym oto filmikiem:

 

Ej no dobra, zakupy zakupami, ale do przyszłej środy serio zostało mi jakieś dwadzieścia dolców~ Z tą kasą to byłabym w stanie przeżyć i ze trzy tygodnie, ale w Tajpej oszczędzanie jest synonimem grzechu.

Do następnego razu.