wtorek, 17 września 2013

Ze szkolnej ławki

Czyli co tam u mnie w szkole.

Uczniowie przyzwyczaili się do mojej obecności. Wciąż jestem popularna, ale nikt już nie reaguje piskiem na mój widok (dzięki Bogu). Moje życie szkolne coraz bardziej zaczyna upodabniać się do jestejstwa przeciętnego chińskiego uczniaka. Chodzę na lekcje, chodzę po galeriach, chodzę ze znajomymi do lokalnych knajpek i wypijam hektolitry Zhenzhu Nai Cha - Bubble Milk Tea (ja to nazywam "napojem bogów"). Co najważniejsze, tu nie ma czegoś takiego jak podział na grupki. Wszyscy tworzą jedną wielką społeczność~ W Polsce to trochę taka utopia.














Zapisałam się do klubu tanecznego z zamiarem zrzucenia paru kilogramów (w ciągu miesiąca pobytu tutaj zdążyłam już trochę przytyć, ale to nie moja wina, że tajwańskie jedzenie jest takie pyszne!). Wypełniona ogromnymi pokładami pozytywnej energii dołączyłam do gromadki super wysportowanych dziewczyn i chłopaków. Niestety, szybko się okazało, że za nimi nie nadążam i w efekcie pozostaję w tyle~ To trochę dołujące, ta świadomość, że Twoja kondycha upadła i z jakiegoś powodu nie chce się podnieść (a może to tylko Ty jesteś zbyt leniwy?). Czym się pocieszam - "Alex, trenuj, pewnie nie będzie z ciebie tancerka, ale przynajmniej nie zamienisz się w fatty-chana". Ćwiczymy więc z zespołem codziennie, jak dotąd przerobiliśmy AŻ cztery pozy~ Nie są zbyt skomplikowane i każdy bez problemu dałby radę je wykonać, ale zajmują dużo czasu i, mimo moich usilnych starań zachowania pozycji wertykalnej, zawsze ostatecznie i tak ląduję na podłodze (co by było jeszcze lepiej - przeważnie jako jedyna).

Jakiś czas temu zauważyłam u siebie proces, którego obawiałam się od samego początku. Mój chiński się rozwija, ale bardzo powoli, za to język lengłydż~ Czuję się prawie jak native speaker. Czas spędzany z innymi wymieńcami staram się, co prawda, ograniczać do minimum (nie licząc spotkań z Ketishą a.k.a. Tea i Benem, w towarzystwie Emily, i może jeszcze Cariny, no i Anakayli, i czasem Naoki też się podczepi), ale naprawdę trudno powstrzymać się od olania mandaryńskiego, skoro nawet Tajwańczycy mówią do Ciebie po angielsku. A mówią przeważnie bardzo dobrze, dacie wiarę? Tu w Tajwanie stereotyp o tym, że Azjaci nie znają inglisza, został właśnie obalony. Rzecz w tym, że nie jestem pewna, czy na moje "szczęście", czy może "nieszczęście".

A tak na marginesie, pierwsze lekcje w szkole językowej naprawdę mnie zawiodły, ja wiem, że to grupa dla początkujących, ale jak długo mają zamiar wałkować z nami "bopomofo"? (alfabet) To pierwsza rzecz, jak nauczyli mnie moi hości, także sądziłam, że wszyscy inni też przez to przeszli~ a tu się okazuje, że nie. Moje postępy w zakresie nauki, niewzruszony wyraz twarzy i pewna siebie postawa do tak niewiarygodnie fascynującego i, niestety, równie trudnego języka, jakim jest chiński, doprowadziły do tego, ze wśród exchange students jestem uważana za kujona (serio, ja? HAHAHAHA). Ostatnio Abraham, chłopak z Bermudów, zapytał się mnie, co właściwie robię w tej grupie~ Ja wiem, ze to miał być tylko taki pół-żart, ale jego słowa wbiły mi się głęboko w pamięć i od jakiegoś już czasu okupują większą część szarych komórek mojego mózgu. Bo co ja tu robię? Chyba wszystko poza kuciem mandaryńskiego. Nigdy wcześniej nie byłam tak bardzo zdeterminowana i uczucie, ze lekcje nie przynoszą ani trochę satysfakcji, potrafi bardzo zdołować. Jak tak dalej pójdzie, to opuszczę wyspę z wiedzą, jak się przedstawić i powiedzieć, że słoneczko świeci. Samfyng łudynt bi rajt.

Za to co do lekcji chińskiego w liceum~ Ojej. Nie no, dobra, przyznaję, z nich akurat wynoszę sporo, naprawdę je lubię i cieszę się, że zostało w ogóle coś takiego zorganizowane (mimo ze mam je tylko raz w tygodniu), ale czuje się trochę głupio w towarzystwie mojego nauczyciela~ Nie napisałam nic o tym w poprzednim poście ze względu na pewien incydent, który wstrząsnął mną do tego stopnia, że zwyczajnie nie myślałam o dzieleniu się tym z kimkolwiek w obawie o swoje zdrowie mentalne (rozpamiętywanie przykrych zdarzeń ma zły wpływ na moja psychikę). A wiec pozwólcie, że wyjaśnię.

Tuz przed pierwsza konfrontacja poszłam do Office of Academic Affairs i odesłano mnie stamtąd do English Teachers' Officice. No to, po dziesięciu minutach rozpaczliwego biegania po szkole z wymalowaną na twarzy konsternacją ("Jakim cudem wszystko tu wygląda dokładnie tak samo?!"), ja ostatecznie znalazła to biuro, usiadła w najbliższej pustej ławce i tak sobie czekała jak ta sierotka, aż nagle w drzwiach stanął jakiś chłopak. Na pierwszy rzut oka mógł mieć z 18 lat, więc naprawdę mocno się zdziwiłam, gdy podszedł, rozwalił się chamsko na krześle obok i bez słowa zaczął wyjmować jakieś książki.

 - Ejj~ Sorka, ale ja tu zaraz mam lekcję chińskiego, wiec może mógłbyś się przesiąść?
 - Wolisz siedzieć gdzieś indziej?
 - Nie, ja po prostu czekam na mojego nauczyciela.
 - Świetnie, to jak, zaczynamy?

Na moment zastygłam w bezruchu. Czy to miał być jakiś żart?

 - Ale przecież jesteś uczniem, jak niby miałbyś mnie~
 - Nie, jestem nauczycielem.

Dopiero wtedy zorientowałam się, że nie ma na sobie mundurka, a normalną męską koszulę, zaś wyjęte przez niego tomiszcza zatytułowane są w stylu "Ucz się z nami - chiński dla początkujących". Głupia ja, toć myślałam, że to licealista. Wierzę, że już wiecie, czemu czuję się przy nim zażenowana. Wyglądam starzej od niego, chociaż jestem 20 lat młodsza~ Depresja, moi mili. DEPRESJA.

.
.
.

O, a skoro jesteśmy już przy temacie szkoły. Jedno Wam powiem - organizacja nie tylko zajęć, ale również przerw i planu budynku przedstawia się zupełnie inaczej niż w Polsce (ale to chyba akurat nie dziwi). W poprzednich notkach opisałam, jak wyglądają lekcje, to teraz skupię się na pozostałych aspektach. Definitywnie rzeczą, która najbardziej mnie zaskoczyła, jest istnienie czegoś takiego jak - UWAGA - nap time. Nie, nie przenieśliśmy się do podstawówki, ciągle jesteśmy w szkole średniej. Nap time, czyli czas drzemki, trwa od 12.30 do 13.00 i oznacza tyle, ze jak zachowujesz się głośno, to przeszkadzasz uczniom w zasłużonym (lub też nie) odpoczynku i trzeba Cię ukarać. Za wszystko odpowiedzialni są school guards, którzy niczym Severus Snape obserwują Cię z ukrycia morderczym wzrokiem i tylko czekają, aż coś przeskrobiesz. Jeśli coś im się nie spodoba, to:

Opcja numer jeden: Zabierają Cię do gabinetu dyrektora "na herbatkę".
Opcja numer dwa: Wrzucają Cię do końca dnia do kozy i każą przyjść do szkoły w sobotę, żeby mogli Cię wykorzystać do sprzątania i Bóg wie, czego jeszcze.

Słowo daję, my tu mamy najprawdziwszą armię! School guards autentycznie wyglądają jak żołnierze i czają się na każdym kroku, a najwięcej można ich znaleźć przed głównym wejściem, gdzie pilnują, żeby przypadkiem jakiś uczeń nie wyszedł sobie w środku dnia na wagary. Jeśli znajdzie się taki szaleniec, to school guards zazwyczaj *zajrzyj do wymienionych powyżej opcji*.













Największe siedlisko school guards - brama wejściowa.

O, i ktoś tam chciał zobaczyć mój mundurek. Mam tu akurat na sobie koszulkę od WF, następnym razem cyknę fotkę codziennej koszuli.


Przyjemniejsza część posta. W piątek jest w Tajwanie Święto Księżyca i będę oglądać wyścigi smoczych łodzi. Z tego tez powodu nie mamy szkoły w dwa ostatnie dni tygodnia. No to Alex vel Alice vel Xin-Yen (taka jest poprawna pisownia mojego imienia, dowiedziałam się o tym wczoraj, wybaczcie!) zdążyła się już poumawiać na spotkania, i tak w środową noc jadę z Ashley (koleżanką z klasy) do night marketu, a w sobotę wybieramy się z Carina na poszukiwania kapelusza Luffy'ego ze znanej (chyba) wszystkim serii One Piece, bo po wycieczce do Kaohsiung postanowiłam, że na Halloween koniecznie muszę przebrać się za pirata. Jestem sobie dziewczynką, którą kochają wszyscy (poczujcie tę skromność!), a najbardziej to chyba Rotarianie, bo ci z kolei zaprosili mnie na wspólne wędkowanie z okazji Moon Festival. Obecny będzie również Pan Japonia, więc nawet jeśli zapewnienia o super zabawie okażą się perfidnym kłamstwem, to przynajmniej mam tę pewność, że nie umrę z nudów.

No ale dobra, my tu o wędkowaniu, Święcie Księżyca, Rotarianach i wymieńcach, a przecież jedzenie jest tutaj sprawą, której wszyscy najbardziej wyczekiwaliście. Czy nie tak?













Parę zdjęć z wypadu ze znajomymi:












Na dzisiaj to wszystko, moi drodzy. Teraz zdradzę Wam coś w sekrecie. Jako dziecko byłam bardzo kreatywna (nie to, co teraz) i zawsze rozpierała mnie energia, biegałam z chłopakami i wspinałam się po drzewach, a moim największym hobby było paplanie, pamiętam nawet okres, gdy chciałam zostać prezenterką telewizyjną (dopiero potem doszłam do wniosku, że ja i publiczność się nie lubimy), także zważywszy na to pozwolę sobie w tej chwili pogrążyć się w niewinnych dziecięcych marzeniach i zrobić małą zapowiedź następnej notki.

Ekhem.

Witam wszystkich serdecznie w dzienniku polskiej exchange student! Co tym razem czeka na nią w tajwańskiej dziczy? Co takiego się zdarzy podczas Święta Księżyca? Czy dziewczę zdoła sprostać czekającym ją wyzwaniom? Kto zostanie jej sprzymierzeńcem? Aby się dowiedzieć, koniecznie śledź tego bloga. W następnym epizodzie: Moon Festival!

Dziękuję za uwagę.

*Ej, reżyserze! Dobrze wypadłam? Zapomniałam o czymś wspomnieć, popełniłam gdzieś błąd? A zapowiedź w porządku? Co? Ciągle mnie nagrywacie?! Ajć!!!*

2 komentarze:

  1. ooooo, DOMO <3 Zawsze chciałam mieć nike dunk z domo, ale zanim je kupiłam, to ktoś mnie wyprzedził na Ebayu xD I potem czekałam jeszcze jakiś miesiąc, ale nikt ich znowu nie wystawił...Więc kupiłam jakieś zwykłe... ALE KOCHAM DOMO, więc strasznie Ci zazdroszczę tej maskotki ; )
    Ogółem to współczuję epizodu z nauczycielem od chińskiego. Ja bym się chyba spaliła na miejscu ze wstydu! Nie dziwię Ci, że czujesz się teraz głupio i taka jakby... zażenowana...
    Całuję,
    Ade.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tutaj wiele rzeczy można kupić za śmieszne pieniądze. Na DOmo wydałam 20 złotych.

    Generalnie z tej historii z nauczycielem to się teraz śmieję, no ale to dziwne uczucie dalej pozostaje.

    Dziękuję za wierne czytanie mojego bloga! Znaczy się mam dla kogo pisać ;)

    OdpowiedzUsuń