czwartek, 5 września 2013

W murach Zhong-Zheng i poza nimi

 - Jesteś Brytyjką? 
 - Nie, jestem z Polski. 
 - Och, masz taki brytyjski akcent! 

Podobne teksty padają na okrągło. Ja i brytyjski akcent? No ludu, błagam, powagi.

Mój pierwszy dzień był niczym żywcem wyjęty z anime - to najlepsze określenie, jakie przychodzi mi do głowy. Jako jedyna nie miałam na sobie mundurka, więc na tle innych bardzo rzucałam się w oczy. Reina za wiele mi nie pomogła. O moim przybyciu poinformowała jedynie wychowawcę, a potem dyskretnie się ulotniła. Na ceremonię rozpoczęcia zostałam zmuszona pójść sama. Postawcie się w sytuacji kogoś, na którego nie dość, że wszyscy się gapią jak na przybysza z kosmosu, to jeszcze nie wie, co ma ze sobą zrobić~

Do swojej klasy dotarłam, jakżeby inaczej, grubo spóźniona. Szkoła jest wielka, trochę mi zajęło odnalezienie sali 120. Dopiero na miejscu dowiedziałam się, że przydzielili mnie do juniorów - oznaczało to tyle, że najbliższy rok spędzę w towarzystwie piętnastolatków. Mhm, aha. Fajnie. Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Nauczyciel wypchnął mnie na środek sali, prosząc, abym się przedstawiła. Wszystkie trzydzieści par oczu (dodam, że najmniejsza klasa w szkole) zwróciło się w moim kierunku. Błagam, tylko nie to~ No ale dobra, wybąkałam coś tam, że nazywam się Aleksandra Ziemniewska, jestem exchange student i spędzę z nimi najbliższy rok. W tym momencie w sali rozegrało się coś na kształt przedstawienia cyrkowego. Uczniowie powstawali, zaczęli wiwatować i klaskać. Nikt się mnie tu nie spodziewał, byłam po prostu niespodzianką. 

O znajomych nie było specjalnie trudno; zdaje się, że każdy chce tu nawiązać kontakt z wymieńcami, bo dla Azjatów to właśnie my jesteśmy "egzotyczni". Do tej pory poznałam ze 150 osób, na korytarzu jestem zaczepiana właściwie bez przerwy. Traktują mnie tu trochę jak gwiazdę filmową; gdy idę korytarzem, to wszyscy się za mną oglądają, obce osoby machają do mnie, a jak powiem "cześć", to piszczą. Co mnie martwi - mam wrażenie, że wszyscy oczekują, że będę mówić po angielsku. Nikt po chińsku słowem się do mnie nie odezwie, a przecież właśnie po to tutaj przyjechałam! Dodam, że dla Chińczyków moje imię jest koszmarnie trudne, mało kto jest w stanie poprawnie je wymówić, więc niektórzy, zamiast Alex, wołają na mnie Alice (trololololo) lub po prostu Shin-Yen. Co do nazwiska, to zawsze budzi śmiech, nikt nie ma na tyle odwagi, aby spróbować powtórzyć. 

Do mojej klasy chodzi jeszcze Ketisha (a.k.a. Tea, jak herbata), ale nie wywołała wielkiej sensacji, bo każdy ją kojarzył z poprzedniego semestru. To taka stereotypowa Australijka - mega wyluzowana, lekkoduszna, trochę gaduła, ale przemiła. Cieszę się, że nie będę jedyną "inną".




Tak wygląda moja klasa. 


Ja i Ashley, jedna z klasowiczek.



Lekcje mają formę wykładów. Ławki są pojedyncze, więc w trakcie zajęć nie ma możliwości skupienia się na innych ważnych sprawach (jak np. pogaduchach). Nauczyciel nigdy nie rozstaje się z mikrofonem, bo niby po co miałby do nas mówić normalnie, skoro może szeptać, a i tak wszyscy go usłyszymy. A szepcze tak bez przerwy przez 50 minut - uczniowie nie muszą w sumie robić nic, zero zadań, zero odpytywania, czysty wykład. Oczywiście tylko w teorii, bo na początku każdego miesiąca jest przeprowadzany egzamin, a wyniki lądują na tablicy ogłoszeń. Każdy spina pośladki, żeby wypaść dobrze, bo głupio byłoby, gdyby wszyscy zobaczyli, jakiego przygłupa mają za kumpla. Mnie egzaminy nie obejmują, bo jestem "special student", tak więc lekcje spędzam przeważnie na dwóch niezwykle kreatywnych czynnościach, jakimi są rysowanie i spanie.

Baj de łej, oto mój plan:


Niestety, nie pozwolili mi wziąć science~ Świat jest zły i niedobry.

Moim ulubionym przedmiotem jest jak na razie literature and writing. Lekcje prowadzi Joe, wyjątkowo energiczny facet koło trzydziestki. Jeśli chodzi o mnie, to uważam, że jest ekstra, bo autentycznie potrafi przyciągnąć uwagę ucznia, ale pomimo tego wszyscy mają z niego polewkę ze względu na jego niestandardowy (czyt. mega pedalski) sposób bycia i wyczucie stylu. Na advanced class dostałam do wyboru literature and writing, movie oraz language and culture i wydaje mi się, że będę chodzić właśnie na literaturę.

Teraz powiem Wam coś, co zwali Was z nóg. We wtorek podczas drama class poznałam Kevina, takiego sobie niezbyt urodziwego okularnika, w dodatku jest niższy ode mnie. Wyglądał na strasznego nudziarza, nigdy bym do niego nie zagadała - to on pierwszy do mnie podszedł.

Nasza rozmowa zaczęła się mniej-więcej tak:

 - Cześć, słyszałem, że jesteś z Polski.
 - No tak, racja. Chyba dużo osób już o tym wie.
 - Pewnie nie lubisz Niemców, co?

Tego typu pytania się nie spodziewałam. Okazało się, że Kevin jest pasjonatem historii, a w szczególności interesuje go II Wojna Światowa. Wypytywał mnie o to, jak się czuję będąc Polką, czy, odkąd upadł komunizm, nadal mamy jakieś spory z Ruskimi, co sądzę o ich zdradzie itd. Sam też wypowiadał się szczegółowo na te tematy. Współczuł mi tragedii smoleńskiej i oburzał się Rosjanami, którzy dokonali rzezi w Katyniu. No kurde, jakiś tam Chińczyk więcej wie o Polsce niż ja sama~ Przyznam, że wywarło to na mnie ogromne wrażenie.

To teraz moja ulubiona część - time for pictures of food!


Mój szkolny lunch za równowartość czterech złotych.



Stinky tofu (śmierdzące tofu). Raz spróbowałam i więcej nie zamierzam!




Moon cakes, bardzo popularne w całym Tajwanie. Już zdążyłam wpisać je na listę rzeczy, które przywiozę do Polski.







Korzeń bambusa.






Powiedz swoim hostom, że lubisz japońską kuchnię, to zabiorą Cię na ramen.

A tak poza tym. Często włóczę się z wesołą rodzinką po marketach, jednak zawsze byłam zbyt podekscytowana ("azjatycki sklep, azjatyckie ubrania, azjatyckie jedzenie, jestem w raju!"), aby myśleć o robieniu zdjęć. Tym razem postanowiłam cyknąć trochę fotek.










Maski, o których wspomniałam gdzieś wcześniej. 


Tak bardzo nie ja, wydać pięć dych na same pierdoły (ale jakie pierdoły!).

A tak wygląda tajwański targ:








W środę rano udaliśmy się z Ketishą i Benem na mały piknik do parku, bo nie mieliśmy wtedy lekcji. Poznałam Kiliana i Felixa, wymieńców z Francji i Niemiec (kolejne przypinki do mojej skromnej kolekcji). Wspięliśmy się wszyscy na drewnaną wieżyczkę widokową i zajęliśmy cudownym nicnierobieniem, rozkoszując się tym oto bajecznym krajobrazem:






Niestety, wszystko, co dobre, szybko się kończy i wkrótce musieliśmy wracać do szkoły. A wiecie, w jaki sposób? Na wynajętych rowerach. To było cudowne, przejechać połowę Taipei City w tak piękną pogodę. Tylko czekam na powtórkę!

Przeskoczę teraz na naukę mandaryńskiego. Do tej pory nie miałam jeszcze ani jednej profesjonalnej lekcji, jutro (tj. 5 września) czeka mnie mój pierwszy raz - lekcja zorganizowana przez szkołę. Uczęszczać będę także do szkoły językowej w każdy poniedziałek, środę i piątek, zaczynając od przyszłego tygodnia. Kilka dni temu poproszono mnie o napisanie testu, żeby mogli mnie wrzucić do grupy na odpowiednim poziomie; całe szczęście, nie byłam jedyną osobą, która oddała pustą kartkę w minutę po rozpoczęciu egzaminu. Ale i tak najlepszy okazał się być oral exam. Laska zadała mi dwa pytania, z kórych jedno brzmiało "Ni jiao shenme ming zi?" - było ono pierwszym i ostatnim, na jakie potrafiłam odpowiedzieć. Przy drugim kompletnie otępiałam i, chcąc powiedzieć cokolwiek, wybąkałam, że mam 17 lat. Egzaminatorka zrobiła wielkie oczy i mi podziękowała, potem dowiedziałam się, że pytała, skąd jestem. Brawo, Alex, brawo.

Na koniec mały bonus w postaci rankingu najśmieszniejszych pytań, jakie do tej pory mi zadano. Enjoy.

Miejsce piąte:
Czy jesteś Żydówką?

Hahaha, a tak wyglądam? Nie no, serio, zawsze się dziwią, kiedy oznajmiam, że jestem niewierząca. Tak na marginesie, wielu Tajwańczyków to ateiści, ale określają siebie jako "ludzi bez wiary", bo według nich brzmi to mniej agresywie. Me gusta.

Miejsce czwarte:
Czy macie w Polsce pomidory?

To pytanie wywołało u mnie niekontrolowany napad śmiechu, ale udało mi się go zamaskować kaszlem.

Miejsce trzecie:
W którym stanie leży Polska?

Kiedyś już zapytał mnie o to jeden Amerykanin, ale to Amerykanin, więc ma prawo nie znać geografii własnego kraju (wybaczcie za brutalność tego stwierdzenia). Sęk w tym, że tym razem usłyszałam to od Chinki.

Miejsce drugie:
Czy to polski strój ludowy? (o mojej sukience)

Myślę, że ten tekst nie wymaga komentarza, bo wyjaśniłam wszystko w poprzednim poście.

No i wyczekiwane~

Miejsce pierwsze:
Czy macie w Polsce telewizję i telefony? Wiesz, jak ich używać?

Miałam wtedy ogromną ochotę zrobić głupią minę i odrzec "nie, nigdy wcześniej nie korzystałam z tych urządzeń, musicie mnie wszystkiego nauczyć", no ale jestem w pewnym sensie ambasadorką Polski, więc tym razem odpuściłam.

To wszystko, dziękuję, że znajdujecie czas na czytanie moich wypocin :) W następnej notce - sprawozdanie z wycieczki do Kaohsiung!

Do usłyszenia.

1 komentarz:

  1. Mi mówią, że mam francuski akcent - kiedy mówie po polsku.
    British English - słownictwo
    Mnie pytali o lotniska (jakieś pół roku po tym, jak nam z nieba zleciał Lech Kaczyński) oraz lody, czy mamy i czy lubimy jeść, bo w Polsce jest przecież zimno.
    Pomidory ... hehe. Spróbuj im zasugerować taką asocjację: Pomidor pociąć w plastry ... Cebulka... Szczypiorek.... Sól i pieprz... I obserwuj reakcję. Bo pomidor na Tajwanie nadziewa się rodzynkiem i wciska do lodów waniliowych. Jako owoc.

    A na strój krakowski to wszyscy Tajwańczycy po kolei patrzyli tak, ze oczy robiły im się okrągłe - i pytali, czy mamy Aborygenów w Polsce. Pewnie pojedziesz do aborygeńskiej wioski, to ci nie będę psuła niespodzianki

    OdpowiedzUsuń