środa, 28 sierpnia 2013

Welcome to the jungle!

Hej wszystkim!

Nie pisałam nic przez długi okres czasu z tego względu, że nie miałam dostępu do neta. Mam nadzieję, że uda mi się to wynagrodzić.

Moja podróż trwała dobę, na lotnisko przyleciałam ledwo przytomna. Na miejscu czekała już na mnie host rodzina z counselorką Nadine i kilkoma innymi osobami. Ich serdeczne powitanie bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło :)





Jestem w Tajwanie od prawie dwóch tygodni. W tak krótkim czasie zdołałam zaobserwować sporo różnic dzielących Chińczyków i Europejczyków. Wiele z nich wychodzi mi na korzyść, jednak też niektóre z nich nie tyle zaskakują, co są po prostu ~ dziwne. Na przykład podczas posiłków Tajwańczycy mają w zwyczaju bekać, bo to oznacza, że danie jest smaczne~ Nie bardzo wiem,  co mam o tym myśleć.

Co do wyglądu miasta. Jest czysto. Bardzo czysto. Nie znajdziesz tu żadnego walającego się papierka po batoniku czy pustej puszki Coli, bo tu ludzie na ulicy NIE JEDZĄ. Jest to zabronione, a łamanie tej zasady grozi mandatem. Wyjątek stanowią tylko lodziarnie bez własnych lokali.

Czasem przy chodnikach posadzone są palmy. Pięknie to wygląd.

W Tajpej na pierwszy rzut oka więcej jest skuterów niż samochodów. Kilka dni temu przeżyłam swoją pierwszą jazdę. Poza tym często można zobaczyć kogoś w masce zakrywającej nos i usta. Moja rodzina twierdzi, że to dla bezpieczeństwa. Jak jesteś chory, masz katar / grypę / cokolwiek, to, nosząc taką maskę, nie zarażasz innych. Do tego każda kobieta zawsze obowiązkowo ma przy sobie przeciwsłoneczną parasolkę (36 stopni w dzień jest tu normą). Postanowiłam pójść w ich ślady i sama również sobie taką sprawiłam.

Dalej - jedzenie. Tajwańskie jedzenie jest przepyszne, będę musiała bardzo uważać, żeby nie przytyć, bo o to tutaj łatwo. Jednocześnie trochę smuci mnie myśl, że po powrocie do Polski będę musiała z powrotem przestawić się na europejską kuchnię.



Mój pierwszy posiłek zaraz po przylocie. W miseczce ryż, po lewej tofu, a to różowe nazywa się shan yao, ale nie mam najmniejszego pojęcia, co to może znaczyć. Do tego zupka.


Bułeczka herbaciana.








Komuś pocky? ;)

Jakoś tak się złożyło, że w dniu mojego przylotu lokalny Klub Rotary organizował akurat imprezę dla członków, no i, jak się już domyślacie, zostałam na nią (siłą) zaciągnięta. Byłam świeżo po podróży, wykończona, spocona itd., więc niezbyt ucieszyłam się z zaproszenia, ale w końcu dałam za wygraną i zgodziłam się przyjść.


Tak ubrana idę na imprezę.



A tak wygląda mój pokój. Moi host rodzice porozwieszali wszędzie własnoręcznie zrobione fiszki ze słówkami po chińsku. Według nich w ten sposób szybko przyswoję sobie podstawy. Moim zdaniem super pomysł.



Chińska wersja Ouran High School Host Club.



Ja i Ashley.



Książka dla dzieci z nauką chińskiego alfabetu.

Wracając do imprezy. Była to klasyczna zabawa karaoke w wynajętej restauracji. Już na wstępie wzbudziłam ogromną sensację (jedyna biała) i zostałam dosłownie obsypana wizytówkami. Poza mną w klubie jest jeszcze jeden wymieniec, właściwie od razu nas sobie przedstawiono. Naoki jest Japończykiem, ma szesnaście lat i sprawiał wrażenie bardzo nieśmiałego i zamkniętego w sobie. Postanowiłam się popisać i przywitałam się z nim krótkim "hajimemashite" ("miło mi cię poznać"); słysząc to, chłopak potknął się i wywrócił, wykonując coś na kształt małego salta. Nie pogadaliśmy jednak za wiele, bo szybko porwali go jego hości, a ja musiałam integrować się z moimi.

W ciągu kolejnych dni zwiedziłam wiele miejsc. Ulice są piękne, a ludzie przewspaniali. Tajwańczycy tworzą naprawdę bardzo otwarty i przyjazny naród. Przyznam, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego, jestem naprawdę mile zaskoczona. Niech mi no teraz ktoś powie, że Azjaci są zawsze poważni i nigdy nie okazują emocji!


















Postanowiłam skorzystać z okazji i oczywiście zdążyłam już kupić sobie trochę kosmetyków. To różowe to oryginalny krem BB, w niebieskiej tubce krem UV (ciężko by się tu bez tego żyło), zmywacz do paznokci, no i odżywka do włosów. Wszystko azjatyckie, tanie i dobre.

Tajwańska biblioteka. Tu wrzuca się przeczytane książki:



A tu przykłada się te, które chce się wypożyczyć:


W sobotę miałam pierwsze spotkanie orientacyjne z Rotary. Doskonała okazja do zakumplowania się z innymi wymieńcami, więc wzięłam całą masę przypinek, bransoletek i polskich cukierków. Baj de łej, był to pierwszy dzień, kiedy ubrałam się w swoje wiktoriańskie ciuszki i moi hości cały czas pytali, czy to przypadkiem nie jest polski strój ludowy. Spotkanie miało się odbyć w sali konferencyjnej, usiadłam więc samotnie i czekałam na rozpoczęcie. Przybyło mnóstwo dzieciaków ze wszystkich stron świata, i tak przysłuchiwałam się Amerykanom opowiadającym o pierwszych przeżyciach na wyspie, obserwowałam grupkę głośnych Brazylijczyków~ Żadnego Polaka. Strasznie skurczyłam się w sobie. W pewnym momencie do sali wszedł Naoki; nawet on nie był sam~ Mimo to jak tylko mnie zobaczył, złapał momentalnie swojego towarzysza za ramię i zaczął biec w moją stronę. Szczerze? Ulżyło mi,  przynajmniej kogoś już znałam. Jego kolega miał na imię Kentarou, usiadł przy mnie, a obok niego Nao. Spotkanie rozpoczęło się po kilku minutach przemówieniem prezydenta dystryktu, ale było tak nudne, że nie dało się słuchać. Wszystkiego zdążyłam się dowiedzieć na spotkaniu w Polsce, to tutaj było dla mnie jedynie powtórką. Odwróciłam się z nadzieją do Kena, jednak ten zdążył już odpłynąć w krainę snów~ Doszłam wtedy do wniosku, że muszę sobie poszukać kolejnych znajomych.  Dziewczyna po mojej prawej stronie wydawała się być idealna. Niestety, Andrea, Meksykanka, dobrze potrafiła mówić jedynie po hiszpańsku~ Whatever. Po konferencji udało mi się odnaleźć Bena i Ketishę z mojej szkoły, bałam się, że się z nimi nie dogadam, ale wszystko poszło gładko, niepotrzebnie się martwiłam. Dostałam od Kate zaproszenie do Zoo, podobno mają tam małe pandy < 3 Koniecznie muszę się kiedyś wybrać.

Rotarianie z mojego klubu mnie uwielbiają, strasznie jara ich, kiedy używam słów typu "ni hao" czy "xie xie". W ogóle zauważyłam, że Tajwańczykom podoba się,  kiedy obcokrajowcy wykazują wielkie zainteresowanie wszystkim, co chińskie. Jak na razie pasuję tu idealnie, naprawdę kocham Azję. Mam wrażenie, że bardziej cieszę się z tego Tajwanu, niż gdybym się cieszyła np. z USA.

W ostatnią sobotę pojechałam z moim lokalnym Klubem Rotary na spotkanie, podczas którego mieliśmy własnoręcznie zrobić mydło. Wszystko było by fajnie, gdybym cokolwiek rozumiała~ Prowadzący ni w ząb nie znał angielskiego, więc przez większość czasu niemiłosiernie się nudziłam (hahaha, again). Po przedstawieniu instrukcji przyszła pora na właściwą część spotkania - produkcję mydła! Miałam naprawdę kupę zabawy, nie sądziłam, że czas tak szybko zleci :) Na spotkaniu obecny był też klasycznie Naoki, chociaż się mocno spóźnił. Nie zachowywał się już tak nieśmiało jak wcześniej - może dlatego, że w pewnym momencie Reina, która była moim opiekunem, znikła w tajemniczych okolicznościach i zostałam z nim sam na sam. Gość jest spoko, opowiadał mi o szkole w Japonii, jednocześnie cały czas przepraszając za swój tragiczny angielski (chociaż ja tam uważam, że trochę przesadzał). Wydaje mi się, że zostaniemy exchange friends.


A, byłabym zapomniała. We wtorek trzy dni po moim przybyciu Tajwan został nawiedzony przez tajfun, padało bez przerwy przez cztery dni i rodzinka miała wystarczająco dużo czasu, żeby wymyślić mi chińskie imię. Ludzie, od dzisiaj nazywajcie mnie Shin-Yen!


W piątek zaczyna mi się szkoła. Poprosiłam Reinę, żeby pokazała mi, jak poruszać się metrem, no ale kurczę, daję stówę, że i tak się zgubię. Orientacja na terenie nie jest moją mocną stroną~ Trzymajcie za mnie kciuki.

Na zakończenie:


Tak obecnie prezentuje się moja marynarka. Większość przypinek dostałam od Tajwańczyków, ale dwie z nich, okrągła z niebieskim tłem i prostokątna, są japońskie, ta taka nieregularna po lewej jest od Augusty, Dunki, a tę wielką podarowała mi Koreanka, jednak za nic nie pamiętam jej imienia.

Do następnego razu!

czwartek, 8 sierpnia 2013

Zwrot akcji, dobre wieści

Dzisiejszy post będzie ekstremalnie krótki, bo chciałam jedynie o czymś poinformować. Obiecałam sobie, że napiszę dopiero tuż przed wyjazdem, jednak jestem zbyt podekscytowana, żeby się pohamować. DOSTAŁAM WIZĘ! Dziś odebrał ją w Warszawie mój tata i od razu zadzwonił. Wygląda na to, że konsul przymknął oko na ten certyfikat :) Strasznie się cieszę.

Mimo to wciąż nie wykupiłam ubezpieczenia. Chyba powinnam w końcu się do tego zabrać, wrr~

Do następnego razu!

wtorek, 6 sierpnia 2013

Pierwsze komplikacje

Ostatnio odnoszę dziwne wrażenie, że im szybciej staram się coś załatwić, tym dłużej to trwa. W sumie nie to, żeby to była jakaś nowość. Ostatecznie udało mi się zebrać całą dokumentację do wizy, biegałam po lekarzach i fotografach, robiłam te wszystkie prześwietlenia. I co? I nic. Jestem świeżo po rozmowie w konsulacie, gdzie powiedziano mi, że moja aplikacja nie może zostać przyjęta, gdyż~ w certyfikacie zdrowia brakuje pieczątki lekarza rodzinnego. No cholera jasna!

Mimo to zdołałam namówić przemiłego pana z okienka, żeby chociaż spróbował przekonać konsula do przyjęcia mojej aplikacji bez tego felernego stempla. Jeśli się uda, to w czwartek będę mogła już odebrać wizę, jeśli nie - czeka mnie kolejna wizyta u mojej ukochanej pani doktor. A czas ucieka.

Co by nie było, że ze mnie pesymistka. Kupiłam tanio, bo aż za całe 5 złociszy czarną marynarkę, a także albumy z panoramami Polski dla host rodziny. Planuję jeszcze jakieś słodycze, ale to tuż przed wyjazdem, no i oczywiście drobny upominek dla mojej mei mei (znaczy młodszej siostry). Razem z dziewczynami z Lublina zamówiłyśmy gumowe bransoletki "I <3 Poland", dotarła też w końcu do mnie moja karta płatnicza. Zaczęłam również sporządzać wstępną listę wszystkich niezbędnych rzeczy. Wiele osób mówi mi, żeby na Tajwan zabrać ubrania na max tydzień i duuużo bielizny. Bo powietrze jest tam wilgotne. A tak w ogóle~

TO JUŻ TYLKO 11 DNI DO MOJEGO WYLOTU! A nawet nie mam zrobionej żadnej prezentacji. Maria podpowiedziała mi, co prawda, jak się do nich przygotować, jednak zabranie się za nie jest już problemem samym w sobie.

Tak w ogóle to jestem cała zestresowana. Na początku był lajt i podchodziłam do całej tej wymiany z dystansem, podczas gdy wszyscy, przynajmniej takie mam wrażenie, starali się mnie nastraszyć. "Nie boisz się jechać sama tak daleko?", "Nie będziesz tęsknić za rodziną?". Efekt jest taki, że ostatnie kilka nocy przeleżałam bezsennie, bijąc się z własnymi myślami. Czy na pewno tego chcę? Czy poradzę sobie sama? Przecież, nie oszukujmy się, będę zdana tylko na siebie.

Czas, który mi pozostał, staram się teraz spędzić jak najlepiej. Spotykam się z przyjaciółmi, przebywam dużo z rodziną. Nie ma nic, czego bym żałowała, że nie zrobiłam~ Ciężko będzie zostawić za sobą to wszystko, ale wiem, że tam, gdzie idę, czekają na mnie nowe wyzwania, nowe problemy i nowi sprzymierzeńcy. Brzmi jak opis jakiejś gry RPG, haha~

Tymczasem żegnam się z Wami, do następnej notki.