sobota, 14 grudnia 2013

Szok kulturowy, czyli co te Chińczyki najlepszego wyprawiają~

Ja wiem, że miało być o Halloween, ale jakiś mały ludzik mieszkający w mojej głowie podpowiedział mi, żeby napisać co nieco o samym Tajwanie i kulturze chińskiej. Zrobiłam więc spis wszystkich rzeczy, które do tej pory wydały mi się dziwne / niestandardowe / niewystępujące w Polsce i na jego podstawie powstała dzisiejsza notka.

Zacznę od czegoś, co zwróciło moją uwagę już na samym początku. Toalety. Wszyscy wiemy, z czego w tym temacie słynie Azja – meganowoczesne, magiczne wręcz sedesy, nieskazitelna czystość, mnóstwo przycisków z funkcjami typu zamykanie klapy, podnoszenie klapy, spuszczanie wody, ogrzewanie deski i takie tam bajery. I tak, tu w Tajwanie autentycznie mamy takie toalety~ z tym, że w siedzibach rządu, department store i domach bogatszych ludzi. Pozostałe wyglądają najczęściej tak:


Czyli, krótko mówiąc, DZIURA. Z nimi mam styczność w liceum, szkole językowej i praktycznie wszystkich toaletach publicznych. No ale powiedzmy, że masz ochotę usiąść na sedesie. Ekhem, sedesie?! A co ty, u siebie w domu jesteś?! Żadna szkoła, żaden uniwersytet nie będzie marnował pieniędzy na takie luksusy.

O, a skoro jesteśmy już przy tych łazienkowych sprawach. Moi hości po trzech miesiącach goszczenia mnie dalej nie mogą pojąć, jak można myć się rano. Mam tu na myśli prysznic. Od kiedy tylko pamiętam moi polscy rodzice zawsze przypominali mi, żebym łaziła w kapciach, bo „będę mieć brudne stopy” albo „przeziębię się”. Chińczycy chodzą na bosaka. Znaczy się teoretycznie mogłabym łazić w kapciach, ale Hunterowie na wstępie powiedzieli mi, że „to odrobinę dziwne i raczej się tego tutaj nie robi”. Ale, jak od każdej reguły, od tej również istnieje wyjątek: klapki do WC. Czy to zwyczajnie chcę skorzystać z toalety, czy wziąć prysznic, czy coś uprać: zawsze to samo. „Znowu zapomniałaś założyć klapek!”. A co to ja, na basenie jestem? No i czegoś tu nie kumam, po domu mam łazić boso, a w łazience już nie? ALEOSOCHOZI.

Wspomniałam o rodzince. Z nimi to ostatnio mam naprawdę ciężko. Tu już nawet nie chodzi o to, że są czasem zbyt surowi i diablo wymagający. Powiedzmy, że bardzo się staram spełniać wszystkie ich oczekiwania, chociaż mają tendencję do niemówienia rzeczy wprost (zamiast „Nie jedz tyle słodyczy” powiedzą raczej „W Tajwanie uważamy, że dorastające dzieci nie powinny jeść zbyt dużo słodyczy”) i szukania problemów tam, gdzie ich nie ma. Po prostu najlepsze nawet chęci są na nic, jeśli w grę wchodzą różnice kulturowe. Dajmy na przykład takie wracanie ze szkoły do domu. Pierwszego dnia po przyjeździe uzgodniłam z Hunterami, że mogę przebywać, gdzie mi się żywnie podoba do dziewiątej wieczorem; mając to na uwadze, pewnego dnia zawitałam z powrotem koło osiemnastej. I nie zgadniecie co. Awantura. Że nie mówię, gdzie idę, że powinnam zadzwonić, poinformować, powiedzieć, kiedy wrócę. No dobra, może faktycznie nawaliłam~ Przy drugim podejściu stwierdzam, że coś autentycznie jest nie tak. Jeszcze przed wyjściem z apartment daję znać hostom, że idę ze znajomymi do department store na poszukiwania tanich (tańszych niż w Polsce) laptopów i będę na siódmą. Oni, że dobrze, wszystko fajnie, że mam się świetnie bawić. Tym razem nie odwalam niespodzianki i wracam zgodnie z umową~ AWANTURA. Spóźniam się piętnaście minut, co oznacza, że ich okłamuję (bo przecież miałam być na dziewiętnastą, a jest dziewiętnasta piętnaście), że ich NIE SZANUJĘ, jako że nie dotrzymuję danego słowa i w ogóle co to ma być z mojej strony za zachowanie~ Przypominam, że poszło o kwadrans. Nie ogarniam czasem tych ludzi, rlly. Chociaż z drugiej strony wiem, że starają się, jak mogą, żeby moja wymiana była naprawdę udana. Każdego wieczoru siadają ze mną i pomagają w odrabianiu lekcji, Reina zapisuje mi też w zeszycie nowe słówka, z których mnie po kilku dniach przepytuje. I w ogóle mam wrażenie, że chcą, żebym tu wszystko zobaczyła, jakiś czas temu zabrali mnie do Zoo.


































Ostatnia rzecz, którą chcę powiedzieć na temat pierwszej host rodziny. Mój chiński mocno się rozwinął. Nie rozumiem, co prawda, wszystkiego, co gadają w telewizji i radiu, ale jestem w stanie zatrzymać na ulicy przypadkowego przechodnia i zapytać o drogę do night market. Potrafię pójść do sklepu Samsunga i doładować kartę telefoniczną. Potrafię w końcu kupić bilety do kina. Potrafię powiedzieć znajomym z liceum, że nie przyjdę na ich zajęcia, bo wybieram się do biblioteki. Może to nic wielkiego, ale ważne, że staram się używać języka. UŻYWAĆ, nie tylko siedzieć w podręczniku, wkuwając coraz to bardziej skomplikowane struktury gramatyczne. A trochę ich się ostatnio pojawiło, bo nie tak całkiem dawno temu mieliśmy egzamin poziomujący i z grupy najgorszej, A1, dostałam się do najlepszej – A4. O ile w A1 nie robiłam nic i spokojnie wyciągałam zawsze ponad dziewięćdziesiąt procent, o tyle w A4 mam wrażenie, że im więcej się uczę, tym mniej rozumiem~ Ech, ciężkie życie polskiego łajgłożena.

No ale cóż mogę powiedzieć, mimo wszystko brnę dalej w to bagno i staram się jakoś ogarnąć ten nieszczęsny chiński, co by faktycznie móc nim mówić pod koniec wymiany. Mam czasem takie marzenie wrócić do apartment i usłyszeć „O! Dzisiaj znowu sto procent, gratulacje!”. Zadowolona ze swoich wyników raz pobiegłam do Hunterów i podsunęłam im pod nos świstek z pochwałą od nauczyciela; to było jeszcze zanim dostałam się do A4. I co usłyszałam? „Nie myśl sobie, że jesteś wyjątkowa, my wiemy, że dwójka innych wymieńców też dostała sto procent. Nie jesteś najlepsza. Właściwie to jesteś dość słaba, bo nie rozumiesz często, co do ciebie mówimy.”. No motywujące to nie jest. Starasz się, a oni ciągle mówią, że źle~ Zrozpaczona skonsultowałam to z Ericą, moją nową counselor. Powiedziała, żebym się przyzwyczaiła i nie brała ich słów do serca, bo tak właśnie zachowują się przeciętni chińscy rodzice – widzą, że dziecko ciężko pracuje, więc, żeby jeszcze bardziej je zmotywować do nauki, mieszają je z błotem, wytykając każdy błąd. Działa to na tej zasadzie:

Dziecko: Mamo, tato, napisałem test na dziewięćdziesiąt pięć procent!
Rodzice: Co takiego? Jakim cudem straciłeś pięć procent?! Mówiłeś, że dokładnie się przygotowałeś!
Dziecko: Wiem, przepraszam~ Następnym razem bardziej się postaram, obiecuję.    
Korzystam z rady Erici. Robię swoje, nie przejmując się Hunterami. Chociaż przed nimi samymi oczywiście pochylam pokornie głowę i mówię, że tak, że mają rację, że muszę się więcej uczyć. I dobrze nam się w ten sposób żyje, oni są zadowoleni i ja jestem zadowolona.

Kolejna sprawa – jedzenie. No Tajwan to po prostu food paradise. Spróbowałam do tej pory z piętnaście gatunków owoców, które ponoć występują jedynie na terenie wyspy. Niestety, znam tylko ich chińskie nazwy, bo nikt nigdy nie jest w stanie podać mi wersji angielskiej. Na przykład takie shizi. Wygląda trochę jak pomidor, jednak jest niewiarygodnie w smaku. Delikatnie słodkie, ale niezwykle wyraziste (wiem, bez sensu~). Mogłabym jeść kilogramami. I huolongguo, w środku jest białe i ma mnóstwo drobnych, czarnych pestek (chociaż to chyba mamy też do Europy jakoś importowane). Sprzedają w Seven Eleven w pojemnikach razem z mango (a może to nie mango?) po 38 dolców (czyli koło 3,80zł). Co do słodyczy. Ostatnio pokochałam tang hulu, czyli kawałki truskawek lub pomidorów (pomidory w Tajwanie uważane są za owoce) nabite na szaszłykowy patyczek i pokryte tą warstwą słodkawej, chrupkiej polewy a'la landrynka. Miód malina, chociaż zdziersko drogie, ostatnio podczas wizyty w Shilin Night Market na jeden „szaszłyk” wydałam 50 dolarów (5zł). Kolejne cudo: qingwa xia dan. Ta nazwa akurat jest dla mnie zrozumiała, qingwa oznacza żabę, dan to jajko, a xia w tym przypadku można chyba przetłumaczyć jako „znosić” (żaba znosząca jajka, hehe). Ogólnie jest to deser wyglądający jak skrzek, ale nic nie jest w stanie odstraszyć dzielnej Polki – coś niewyobrażalnie pysznego. W ogóle trochę smuci mnie fakt, że po powrocie do Polski nie będę już więcej mogła kupić ani pocky, ani bubble milk tea, ani papaya milk, ani tang hulu, ani qingwa xia dan. I wielu, wielu innych smakołyków.

Bo tak w ogóle to, jak Tajwańczycy spożywają posiłki, jest odrażające. Ja nie wyobrażam sobie wypluwać cząstki jedzenia na swój talerz, a tutaj to norma. Ponoć pochodzi to z Japonii. W sumie Naoki też nie jada w jakiś szczególnie miły dla oka sposób~ Ja się tam nie znam. W Tajwanie spożywa się trzy posiłki dziennie (ale jam Europejka, to jem więcej): śniadanie, lunch (zawsze pomiędzy dwunastą a trzynastą) i kolację, przy czym dwa ostatnie zawsze zawierają ryż (wyjątkiem jest np. wspólne wyjście rodzinne do włoskiej restauracji na pizzę). Czasem mam wrażenie, że tutaj ludzie myślą, że jeśli nie zje się ryżu, to potem będzie się głodnym~ O, jeszcze jedna ciekawa rzecz. Odchudzałam się przez jakiś czas i o ile hości dalej wpychali we mnie ryż, który przecież jest dość kaloryczny, to jednocześnie radzili mi zrezygnować z owoców. Nie, nie z tych typu banany czy winogrona. Ogólnie z owoców, bo „zawierają cukier”. Próbowałam wytłumaczyć, że przecież nie utyję od ananasa, ale według nich owoce to dalej zło wcielone i jeśli chcę schudnąć, to nie ma siły, muszę przestać je jeść. Pan Japonia twierdzi to samo. Klasowicze z Zhong Zheng też. GDZIE JA JESTEM, CO Z TYMI AZJATAMI.

A tak przy okazji, raz spisałam sobie na kartce, co zjadłam przez cały dzień. W sumie to bardzo klasyczny jak na Azję jadłospis:

6:10 Dwa tosty, kawa (śniadanie)
11:30 Osiem pierożków chińskich z porem i sosem sojowym, kartonik czarnej herbaty (lunch)
12:00 Kartonik mleka sojowego o smaku taro (do wyboru jest ze dwadzieścia smaków mleka sojowego: papaja, taro, kilka rodzajów milk tea [typu „herbata zielona”, „czarna herbata” itp.], pszenica, truskawka, kawa, czekolada, jabłko, arbuz, multiwitamina, pistacja, orzechy ziemne, orzechy nerkowca~ i tak dalej)
13:10 Huolongguo i mango (znaczy chyba mango)
16:00 Chiński naleśnik z jajkiem (kupione od kobitki z ulicy; pycha, chociaż wydałam na niego czterdzieści dolców tylko dlatego, bo zawierał plasterek sera), kartonik zielonej herbaty
18:30 Miska ryżu, tofu, jajko z kukurydzą i sosem sojowym, liście słodkiego ziemniaka (kolacja)
20:30 Miska słodkiej zupy z lotosu, szklanka mleka sojowego

Ej, a wiedzieliście, że w Chinach nie ma ciasteczek z wróżbą? Że zostały wynalezione zagranicą i spopularyzowane głównie w Stanach? Nie? No to teraz już wiecie. Normalnego mleka i produktów pochodzenia mlecznego też się tutaj raczej nie spożywa (szczerze mówiąc, nie mam pojęcia dlaczego; domyślam się, że nie ma tu miejsca na wypas krów i wszystko trzeba importować). To nie Polska, gdzie wchodzisz sobie do delikatesów i wybierasz spośród trzydziestu gatunków sera. Tutaj sera w przypadkowym sklepiku nie ma W OGÓLE, a jeśli jest, to życzą sobie za niego kosmiczną kwotę. Karton krowiego mleka kosztuje zaś równowartość dziesięciu złotych.

Dalej. Jak już wiecie, moi host dziadkowie nie mówią po angielsku. Co tam angielski, nie mówią nawet po mandaryńsku! W każdym razie są to ludzie bardzo oddani tradycji. Buddyści. Mają u siebie w apartment mały ołtarzyk. Dla nich to nic nadzwyczajnego, dla mnie, rzecz jasna, olbrzymia atrakcja : )






Kadzidełka,, które zapala się podczas modlitwy do przodków. Napis głosi „pin, an, fu, gui”, co oznacza „pokój, bezpieczeństwo, bogactwo, powodzenie”. Żadnych demonicznych tekstów, o których zawsze gadał mój ksiądz, jak jeszcze chodziłam do gimnazjum.

Wspomniałam o tym, że dziadkowie nie mówią po mandaryńsku~ To dlatego, że ich językiem ojczystym jest tajwański. Ale to zaledwie dwa z trzech języków występujących na wyspie. Ostatnim jest Hakka, język, o którym za wiele, niestety, nie wiem, poza tym, że mimo identycznego zapisu (ach te krzaczki~) w ogóle nie brzmi jak chiński. I tak jadąc na przykład metrem (które jest, de facto, zdziersko drogie), na każdym przystanku można usłyszeć ten bardzo profesjonalny głos młodej pani podającej nazwę przystanku, zapowiadającej kolejny i przypominającej, po której stronie otwierają się drzwi~ w czterech językach. Najpierw po mandaryńsku, potem po tajwańsku, następnie w Hakka i jeszcze na końcu, żeby mieć pewność, iż każdy pasażer zrozumiał przekaz, po angielsku. Mieszkając w jednym kraju można autentycznie stać się poliglotą.

I jeszcze taka ciekawostka – tutaj rzeczywiście każdy film jest z chińskimi napisami. Nawet filmy w tymże języku. Często też napisy towarzyszą wiadomościom. Moja host rodzina twierdzi, że to po to, aby osoby niesłyszące nie miały problemów z oglądaniem, ale w dalszym ciągu wydaje mi się to trochę dziwne. Znaczy się to by było dziwne dla mnie oglądać polski film z polskimi napisami~

Och ach, a teraz rzecz, która podniecała mnie od samego początku – tajwańskie autobusy. Na pierwszy rzut oka poza faktem, że pod żadnym siedzeniem nie znajdziesz chamsko przyklejonej gumy, a priority seats to autentycznie prority seats, to nie różnią się niczym od polskiego środku miejskiej komunikacji. Ale tylko na pierwszy, bo to, co przede wszystkim jest w chińskich autobusach fajnego, to że posiadają one darmowe Wi-Fi. I hulaj duszo, tańcz, krzycz jak najgłośniej ze szczęścia! Kolejna spora dość różnica – nie ma kanarów, bo Tajwańczycy nie wpadli nawet na pomysł stworzenia czegoś takiego jak bilety. Każdy pasażer posiada za to kartę (ubolewam nad tym strasznie, bo z tego też powodu nie można wykupić żadnego taniego pakietu na przejazdy jak nasz polski bilet miesięczny), którą wedle upodobania kierowcy kasuje się albo po wejściu do autobusu, albo przed wyjściem z niego. Idealne warunki do podróżowania na gapę, dlatego na początki dziwiło mnie, że mimo to każdy dalej sumiennie płaci za przejazd. Przyznam się bez bicia, parę razy zdarzyło mi się opuścić autobus bez kasowania karty, jednak patrząc na tych wszystkich ludzi, pewnego razu doszłam do wniosku, że to okradanie społeczeństwa i od tamtego dnia zawsze płacę, a jak nie mam funduszy, to idę piechotą. Czasu trochę straconego, ale sumienie czyste.

To kompletna bzdura, że Japończycy, Chińczycy i Koreańczycy różnią się urodą. Nie wierzcie w te brednie, że Koreańczycy mają idealnie białą skórę, a Japończycy migdałkowy kształt oczu. Mieszkam w Tajwanie prawie pół roku i prawda jest taka, że wszyscy Azjaci z dalekiego wschodu wyglądają dokładnie tak samo. Jakby tylko na twarz patrzeć, to nie będziesz w stanie powiedzieć, skąd dany osobnik jest. Za to po jednej rzeczy można rozpoznać narodowość – ubrania. Zdążyłam zauważyć, że jeżeli chodzi o młodych Chińczyków, to lubią wyglądać~ hmm, uroczo? W Polsce nazwano by to w każdym razie pedalstwem. Obcisłe spodnie i koszulki, dopasowane kurtki, czasem kolczyk w uchu. Do tego typowo dziewczęce akcesoria typu zawieszka do telefonu w kształcie misia. Zdarzają się też przypadki noszące na co dzień najprawdziwsze Crocsy, które moim zdaniem są ohydne i nie rozumiem, jak można wyjść w nich gdzieś indziej niż na basen. Dziewczyny zaś podpatrują modę zachodnią, więc w gruncie rzeczy nie ma czego opisywać. Jedynie kobiety po dwudziestce noszą się w bardzo dziewczęcych ubraniach: kwiatowe wzory, pastelowe kolory, kardigany, duża ilość falbanek i koronek, balerinki z kokardkami, absolutnie żadnego dekoltu. Tak, w taki właśnie sposób ubierają się KOBIETY, nie dziewczyny~

Jeśli chodzi o Koreańczyków, to ich celem jest wyglądać bardziej cool. Noszą przeważnie ubrania w jasnych barwach, np. białe spodnie a’la Elvis + T-shirt z hasłem typu „I love only me”. To jeden z ich możliwych styli, bo mogą równie dobrze odziać się w czarne, również obcisłe skórzane spodnie i koszulkę bokserkę, która nie tylko nada im bardziej „drapieżnego” wyglądu, ale będzie też idealnie podkreślać ich wysportowane ciało. ZAWSZE wysportowane ciało. Koreańczycy mają zboczenie na punkcie idealnego wyglądu. Operacje plastyczne robią sobie nie tylko kobiety, ale nawet i faceci! Dasseuul, moja koleżanka z Korei, powiedziała, że ma u siebie kilka przyjaciół (oczywiście w jej wieku), którzy są już po kilku drobnych korektach takich jak operacja nosa, oczu czy~ ust. Ponoć lubią, gdy kąciki warg wywijają się lekko do góry, co ma dać efekt „co prawda łzy mi z oczu lecą i mi źle, ale przynajmniej mam uśmiech na twarzy”. Poza tym często mają dłuższe, rozjaśniane włosy i grzywki na skos. Co do Japończyków – gdy widzę japońskich uczniów (mieszkam w dzielnicy, w której znajduje się japońska szkoła), to przeważnie ubrani są „kujońsko”: jakieś powyciągane sweterki, luźne spodnie, buty sportowe. Tyle się gada o tym, że Japończycy to ekstrawaganci farbujący włosy na każdy możliwy kolor, a ja nie widziałam jeszcze ani jednego, który miałby na sobie coś odbiegającego od normy. Za to z dziewczynami jest kompletnie inna sprawa. Kolorowe spodnie rurki albo plisowane spódniczki i zakolanówki. Włosy upięte, w kitki albo warkoczyki. Kokardki. Koniecznie ma być super słodko.

Temat szkoły zostawiam na końcu, bo moje liceum trochę mnie~ zawodzi. Zawsze, gdy próbuję zaprosić kogoś do wspólnego wyjścia, to ten ktoś akurat nie ma czasu, bo: 

1. Musi się uczyć.
2. Musi pójść do biblioteki.
3. Wyszedł gdzieś ze znajomymi dwa dni wcześniej i jak teraz wyjdzie ponownie, to rodzice pomyślą, że się „szlaja” i olewa szkołę.
4. Ma po południu cram school – czyli dodatkową szkołę po szkole.
5. Ma w przyszłym tygodniu egzamin i nie może się teraz koncentrować na trywialnych sprawach.

No to jest jakaś patologia, z ludźmi z klasy muszę się umawiać trzy tygodnie wcześniej na wspólne wyjście do fryzjera. Na nocowanie należy się umówić miesiąc wcześniej. I nie, to nie jest stereotyp, że azjatycka młodzież cały czas siedzi w książkach. Oni naprawdę nie robią nic poza tym. A żeby było jeszcze zabawniej – o ile po lekcjach zakuwają non stop, o tyle podczas zajęć wielu z nich śpi. Autentycznie, leżą rozwaleni na ławce, opierając twarz o otwartą książkę. A nauczyciele udają, że nie widzą~ BTW, pod koniec każdej lekcji nauczyciel zawsze pyta, czy są jakieś pytania; oczywiście nikt się nie zgłasza, za to podczas przerwy nauczyciel nie ma wolnego czasu, bo okupują go uczniowie. Otóż w trakcie zajęć nikt nie ma odwagi o nic pytać w obawie przed wyśmianiem („A co, jeśli moje pytanie jest głupie?”). Nie pojmuję tego, jak czegoś nie wiem, to pytam, nie?

Na dzisiaj to tyle. Chciałam przeprosić za ten ponad miesięczny brak jakiegokolwiek znaku życia, ale ostatnio w ogóle nie myślałam o pisaniu bloga. Tyle rzeczy się dzieje i jeszcze dochodzi nauka tego nieszczęsnego mandaryna. Sądzę, że kolejny post pojawi się jakoś po Sylwestrze, kiedy to nastąpi zmiana host rodziny – jak zwykle zapraszam do czytania!

A tak w ogóle - Wesołych Świąt!

Do usłyszenia,
Xin-Yan He

PS Byłabym zapomniała. Bonus w postaci wideo.

środa, 6 listopada 2013

Destination: tea farm! Chwila, gdy ujrzałam gwiazdy


Właśnie leżę rozwalona w autokarze w kapeluszu Wilsona Frahma (USA), próbując oczyścić umysł i uwolnić ducha podróżnika przed wydarzeniami, które wszystkich nas wkrótce czekają~ No niech już będzie, jestem po prostu wykończona. Zbiórka o siódmej na jednej ze stacji z niebieskiej linii, a jako że mieszkam Tianmu (dosłownie: „matka nieba”) znajdującym się w obrębie linii czerwonej, potrzebuję jakąś godzinę na dojazd (odsyłam do mapki z poprzedniego wpisu). Równa się to pobudce o piątej.

Obok mojej osoby wyleguje się równie zmęczona życiem typowej łajgłożenki (waiguoren stało się w moim słowniku słowem tak popularnym, że zdecydowałam się je spolszczyć) Iniwara, którą pieszczotliwie nazywam Inyu. Dziewczyna jest o tyle interesującym obiektem naukowych badań nad człowiekiem, że nosi imię japońskie, nazwiska ma dwa, jedno hiszpańskie - Pereira, drugie typowo polskie, chociaż nieco przekształcone - Kurovski, a pochodzi~ z Brazylii. I gada po portugalsku, a jej angielski stoi na odrobinkę tylko wyższym poziomie niż Naokiego. Sam Pan Japonia raczył się usadowić w tej samej linii siedzeń co my, tyle że za towarzyszkę robi mu dziś Lisa, Holenderka. Przed nimi chrapią smacznie Anakayla z Emily (Australia), z tyłu zaś Carina bierze Sophie (USA) za nocnego misia i wtula się w nią niczym dziecko w przytulankę. Jako że jestem osobą godną naśladowania, wspomniana szóstka, podobnie jak Inyu, postanawia wziąć ze mnie przykład i, mając świat wokół w głębokim poważaniu, coraz bardziej pogrąża się w krainie nie-do-końca-wiecznej ciemności (czyli snów).














Podróż nie trwa tym razem zbyt długo. Po półtorej godzinie podziwiania mrocznego wnętrza kapelusza Wilsona zostaję wraz z moimi towarzyszami wysadzona u progu ogromnej, bo aż dziewięciopiętrowej świątyni. Co prawda, głównym celem wyprawy ma być turystyczna degustacja tryliona rodzajów herbatek, ale zdaniem Rotarian skoro już pofatygowaliśmy się, żeby opuścić Tajpej, to wypadałoby zobaczyć nieco więcej niż wspomniana zabita dechami wiocha. Świątynia okazuje się być kompleksem rzeczy tak niesamowicie nudnych, że oprowadzająca wczuwa się w nasz stan psychiczny i proponuje szybką lekcję medytacji. No to stajemy wszyscy w równiutkim rzędzie i wykonujemy polecenia. Na początku pada komenda, żeby zamknąć oczy. Tak też czynię.
 - Teraz weź głęboki wdech~ Wsłuchaj się w odgłos swojego serca. Istniejesz tylko ty i ono. Nie zaprzątaj swojej głowy zbędnymi wiadomościami, nie są ci do niczego potrzebne. Teraz powoli wypuść z siebie powietrze~ Nie myśl o przeszłości. Nie myśl o przyszłości. Nie myśl nawet o teraźniejszości~
Tak, nie myśl o niczym, ale słuchaj jej głosu. Gdzie tu logika? Niestety, moje pytania mają to do siebie, że przeważnie pozostają bez odpowiedzi.

Ale to nic nadzwyczajnego w życiu łajgłożenki. Nie dzieje się tu absolutnie nic dziwnego, cały ten zamęt jest jak najbardziej zrozumiały, wszystko normalka.

W końcu przychodzi czas na kolejną destynację – herbacianą farmę. W skrócie ujmując, ma to być grupowa degustacja wprowadzająca nas w historię herbaty, z której Chińczycy są tak dumni, że piją ją dzień w dzień do niemal każdego posiłku. Sama ceremonia polega na tym, że na dwóch kilkumetrowych stołach porozstawiane są dzbanuszki z herbatą, do których w kolejce podchodzimy, aby móc zmoczyć wargi i stwierdzić, że każdy kolejny gatunek jest gorszy od poprzedniego. Nie chcę być w tym momencie złośliwa, ale, słowo daję, one wszystkie są takie gorzkie. W dodatku zapach nie jest zbyt, jakby to delikatnie powiedzieć~ ujmujący. No okropniejsze to-to od samego stinky tofu. A myślałam, że nic gorszego mnie już na tej wyspie nie spotka.

Z olbrzymią niechęcią biorę do ręki dziesiątą filiżankę herbaty i upijam łyka. Obok mnie Pan Japonia wyraźnie zastanawia się, czy podjęcie tej samej decyzji aby na pewno nie przyprawi go o biegunkę/mdłości/migrenę. Powiewa grozą~ Postanawiam rozładować tę ponurą atmosferę.
 - Hej, jak ci się podoba ceremonia herbaciana?
 - Ceremonia? – parska, marszcząc czoło i unosząc wysoko brwi. Mam dziwne wrażenie, że odkąd zaczął rozumieć i mówić coś więcej niż „dzień dobry” i „do widzenia”, stał się strasznie ironiczny. Teraz wygląda, jakby chciał powiedzieć coś bardzo niemiłego, ale ostatecznie rzuca tylko krótko „w Japonii jest to bardziej rozwinięte”. Otóż to, Japonia. Mój kolejny problem. Przyjechałam na prowincję chińską, a gdziekolwiek nie pójdę, nawet Naokiego, to zawsze słyszę jedno: Japonia i Japonia. Na ulicach japońskie sklepy, w telewizji japońskie reklamy, w radiu największe przeboje japońskie, Chińczycy zachowujący się jak Japończycy. Gdzie się podziało całe chińskie piękno tego kraju? Nie będąc z stanie pojąć tego fenomenu, pewnego dnia postanowiłam zapytać o to Li laoshi (nauczycielkę Li), usłyszałam wtedy, że w czasach, których nikt nie pamięta (ale każdy wie, że tak było), Tajwan przez długi, długi okres okupowali Japończycy, stąd z kulturą japońską, japońskim jedzeniem i nawet samym językiem japońskim (jeśli ktoś nie mówi po angielsku, to na pewno zna japoński) ma się tu styczność praktycznie każdego dnia. Niezbyt mi się to podoba. Kocham całą Azję, Japonia wydaje się być niezwykle interesującym państwem, zwłaszcza że jest drugą największą gospodarką świata i wiele spraw kręci się wokół niej, ale~ to jest Tajwan, nie Japonia. I Aleksandra swoje 50 kilo wagi przywiozła tu po to, żeby poznawać kulturę chińską, nie japońską.

Ale żeby nie było, że Xin-Yan potrafi tylko marudzić. Widoki piękne. Po prawej stronie rozpościera się pasmo surowych gór, po lewej widać wioskę obrośniętą winoroślami. Obok mojej stopy właśnie przebiega jaszczurka. Jest połowa października i dwadzieścia pięć stopni~ Mimo żem łajgłożenka, mimo że od kilku dni cierpię na homesick, mimo że klub straszy mnie, że jeśli po trzech miesiącach pobytu (mija za miesiąc) nie będę biegła w mandaryńskim, to mnie odeślą do Polski, to~ kurde, kocham tę wyspę! Właśnie teraz czuję, że żyję. Myśl ta nie opuszcza mnie nawet wtedy, gdy mam ochotę zamknąć się w pokoju i płakać. Właśnie teraz czuję, że żyję! Niektórzy powiedzieliby, że to wyjątkowy rok w moim życiu. Ja myślę dokładnie na odwrót. To wyjątkowe życie w jeden rok.

Rotarianie postanawiają oszczędzić nam dalszej męki i zabierają nas prosto na kolację. Wyobraźcie sobie ten bajeczny krajobraz a la dżungla, gdzie palmy przeplatają się z ogromnymi drzewami, a Wy siedzicie sobie na jednym z nich i pałaszujecie wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Owe drzewo rośnie sobie tuż przy szerokim nurcie rzeki, która zwieńcza gigantyczna przepaść – nad nią rozpościera się trzydziestometrowy drewniany most. W jego tle widać intensywnie czerwone słońce w zachodzie~ Gdybym miała opisać to wszystko za pomocą jednego tylko słowa, zdecydowanie wybrałabym „Tarzan”. No po prostu disnejowska bajka.

Odstawiam miskę z ryżem i zatapiam pałeczki w ramenie. Ramen w Polsce to już coś, ale ramen w Azji jest nie do opisania. Tu zwyczajnie CZUĆ ten klimat, klimat tego wszystkiego, o czym gada się w telewizji, ale w sercu dalej pozostaje niedosyt, że wiesz, że widzisz, ale to Ci nie wystarcza, bo pragniesz też doświadczyć. A potem uświadamiasz sobie, że właśnie to jest to, co teraz robisz! Tak sobie siedzę cichutko pogrążona w błogiej nostalgii, gdy nagle Pan Japonia postanawia wszystko zepsuć.
 - Aleksandro. Niezbyt dobre wieści.
Jak on w takiej cudownej chwili może mieć złe wieści? Posyłam mu karcące spojrzenie.
 - Oj dobra, nie denerwuj mnie. Co się stało, znowu zgubiłeś telefon?
Naoki jednak jest bardzo poważny. Poważny nawet jak na siebie samego i to do tego stopnia, że nie dba o moje złośliwości. Ostrożnie wyjmuje pałeczki ze swojej miski z ryżem i podsuwa mi je pod nos, zachowując jednak bezpieczną odległość. Moim oczom ukazuje się~
 - Hmm, ciekawe. – Wyrywa mi się po błyskawicznej inspekcji. – Co prawda mówią, że kuchnia tajwańska słynie z oryginalności swoich potraw, ale błagam, co tu robi~ mrówka?
 - Chyba już nie jestem głodny – oznajmia śnieżnobiały na twarzy towarzysz i, jak najdalej odsunąwszy od siebie miskę, dodaje, że potrzebuje się przejść, co by ochłonąć z nadmiaru wrażeń. Po przygodzie ze stawonogiem dochodzę do wniosku, że mi również mały spacerek nie zaszkodzi, więc koniec końców decydujemy się zejść z drzewa razem. Zabieramy ze sobą przy okazji Floriana, wymieńca z Niemiec, który w momencie wjazdu do wioski za cel życiowy obrał sobie chyba sfotografowanie wszystkiego, co się tylko da (i tego, co się nie da, też). Przekonuje nas, abyśmy zgodzili się towarzyszyć mu w przeprawieniu się przez zwisający nad przepaścią most, bo według niego stamtąd jest najlepszy widok na dżunglę. Nie trzeba nas długo namawiać; razem ze skośnym z chęcią przystajemy na propozycję. I to właśnie okazuje się być czymś, co za chwilę biedną Aleksandrę Ziemniewską zgubi.
























Słońce już prawie zaszło, zza horyzontu uciekają tylko pojedyncze płomienne promyki. Nasz skład: Japonia, Polska, Niemcy. Chyba całkiem oryginalnie, nikt tu teoretycznie do siebie nie pasuje, ale nie dbamy o to. Przygoda ma być przygodą! Florian wyciąga prawdopodobnie warty więcej niż moje życie aparat i jak szalony cyka fotę za fotą. Ja jestem pochłonięta podziwianiem „naszego” drzewa; z mostu wygląda na takie potężne~

Pokonanie mostu zajmuje nam koło siedmiu minut. Po drugiej stronie, w półmroku, widać wąziutką ścieżkę prowadzącą w skaliste góry; naokoło pełno leśnego runa. Tym razem przywołuję w umyśle obraz ze „Smerfów”. Tak, to definitywnie Smerfy. Jestem pewna, że gdzieś tu mają swoją siedzibę!

Czasem ponosi mnie fantazja. Tym razem jednak wychodzi mi na niekorzyść. Jestem jedną z tych osób, które nazywa się dziećmi szczęścia, ale nawet nam niekiedy przytrafia się coś niemiłego. Podekscytowana, biegnę jak ta szalona Alicja za królikiem, przymierzam się do wielkiego hopa i skaczę, co by wylądować na kupie miękkiego mchu i wtedy~ czuję, że latam. Dosłownie. Ziemia ginie pod moimi stopami, a ja lecę w dół. Na głowę. Zaskoczona i równie przerażona drę się wniebogłosy. W końcu upadam z ogromnym hukiem, ale to nie koniec – powierzchnia pochyła, więc niczym głaz toczę się kilka metrów i w końcu zatrzymuję. Przed oczami robi mi się czarno, a potem dostrzegam najprawdziwsze gwiazdy. Jak karuzela wirują szybko wokół mojej głowy. Ja leżę bezwładnie na glebie, poobijana i upaprana w ziemi, cała w kolcach z jakiegoś krzewu. Jeszcze nie dotarło do mnie, co właściwie się stało.

Wszystko dzieje się bardzo szybko. Słyszę pełne emocji „och!” Floriana i szloch Naokiego: „Boże, ona zginęła! Boże, Boże, Boże!”. Jest to rzecz pobudzająca mnie do funkcjonowania. Chcę dźwignąć się na nogi i wydrzeć, że tak łatwo to się mnie nie pozbędą i że mają w tej chwili pomóc mi wyjść na powierzchnię, ale gdy tylko otwieram usta, orientuję się, że~ nie, mogę oddychać. Coś jakby złamało mi się w żebrach. Usiłując nie popadać w panikę, próbuję zaczerpnąć powietrza, ale nic z tego, ciało odmawia mi posłuszeństwa, nie jestem nawet w stanie wstać. Czyżby to był mój koniec? Właśnie tak mam umrzeć? Tu, w Tajwanie, na wymianie, nie zaznawszy życia studenta, życia pracownika? Co z moimi rodzicami, przyjaciółmi?   

Mija minuta, może półtorej. Ja nadal sapię ciężko, próbując dopuścić powietrze do płuc; bardzo szybko tracę jednak siły. Ledwo przytomna widzę jak przez mgłę, ale czuję na sobie dotyk ciepłych dłoni~ Właśnie wtedy niespodziewanie dostaję ogromny cios w plecy i w tym momencie udaje mi się w końcu odetchnąć. Odzyskuję też widzenie. Mimo to potrzebuję dłuższej chwili, żeby uświadomić sobie, że to Florian i Naoki patrzą na mnie z rozdziawionymi ustami. Niemiec wygląda, jakby miał za chwilę zemdleć; twarz Pana Japonii jest za to mokra od łez.
 - Aleksandra, ty żyjesz! – piszczy tym swoim cienkim głosem co zawsze, wybuchając jeszcze większym płaczem. Jeśli chodzi o Floriana, to jest zbyt zszokowany, by wydusić z siebie słowo. – To było straszne, tak nagle spadłaś! Myśleliśmy, że~ że się zabiłaś!
Dociera do mnie w końcu, co się wydarzyło. Po wydostaniu się z powrotem na ścieżkę spoglądam na niefortunne skupisko mchu; z przerażeniem odkrywam, że autentycznie spadłam w ukryty za niewinną warstwą zieleni wielki dół, po czym stoczyłam się kilkanaście metrów i zatrzymałam tuż przed ogromną przepaścią. Dwa metry dalej i prawdopodobnie przekupywałabym teraz przewoźnika przez rzekę Styks albo jakiegoś jego chińskiego odpowiednika. 








Krzaczory, które mnie zdradziły.

Ale to nic nadzwyczajnego w życiu łajgłożenki. Nie dzieje się tu absolutnie nic dziwnego, cały ten zamęt jest jak najbardziej zrozumiały, wszystko normalka.

Naturalnie nikt z wymieńców nie wierzy w moją opowieść. Anakayla, ujrzawszy mnie otoczoną tłumem zaniepokojonych Rotarian („Co się stało, gdzie byliście, co się stało i jeszcze gdzie byliście?”), podbiega do mnie, zabiera na stronę i, chwytając za ramiona, potrząsa jak szmacianą lalką.
 - Gdzie cię wywiało, do cholery?! I co się stało? Słyszałam krzyk!
Za jej plecami stają pochlipujący Naoki i Florian, którego to dusza, zdaje się, opuściła jego ciało i teraz beztrosko dryfuje sobie gdzieś daleko, utrzymując chłopaka w stanie łudząco przypominającym aparycję zombie. Wolę nie myśleć, co w tej chwili dzieje się w głowie Pani Kolorado~
 - Naoki, na miłość boską, czemu ryczysz? Daj spokój, jesteś facetem~ chyba. I ty, kolego, co z tą miną? Halooo, Ziemia do Floriana! A Alex w jakichś kolcach. Zniknęliście we trójkę, więc szukaliśmy was i wtedy ktoś zaczął się drzeć. A teraz wracacie w takim stanie~ Co wy takiego robiliście?!
Wyszczerzam zęby w krzywym uśmiechu, co robię zawsze, gdy czuję się naprawdę zakłopotana.
 - Po pierwsze: nie Alex, tylko Aleksandra. Wszyscy mówią, że Alex brzmi jak imię dla chłopaka. Po drugie: spadłam z urwiska i mało brakowało, a bym zginęła. Naoki i Florian mnie uratowali.
Nastaje głęboka cisza. W końcu Anakayla unosi rękę i~ środkiem dłoni uderza się zamaszystym ruchem w czoło.
 - Wiesz co? To jasne, że Rotarianom wolisz nie podpadać, dlatego wymyśliłaś na poczekaniu jakąś historyjkę, ale mi prawdę mogłabyś powiedzieć. Myślałam, że jesteśmy przyjaciółkami~
Zaciskam pięści ze złości. Co to niby ma być za sugestia?
 - Kiedy ja nie kłamię, to prawda! Ich zapytaj! – Tu wskazuję palcem na dwójkę moich towarzyszy. Ich stan jest niezmienny od przeszło dwudziestu minut – po policzkach Pana Japonii spływają ogromne krople łez wymieszane z potem, Florek zaś dalej milczy jak grób.
 - No, chłopaki - zaczyna Ana, skupiając na nich swoją uwagę - to jak było?
Ze strony Niemca z przyczyn oczywistych nie mogę liczyć na żadne wsparcie, Naoki zaś ociera powieki rękawem bluzy, po czym kręci głową i pretensjonalnym tonem oświadcza, że już nigdy więcej nigdzie ze mną nie pójdzie, że to miało być najlepsze dziesięć miesięcy jego życia, że przyjechał tu grzecznie się uczyć, a przez nas załamie się w końcu psychicznie i popełni harakiri.
 - Jak dalej będziesz gadał takie bzdury, to osobiście ci w tym pomogę, Japońcu! – drze się Anakayla, rzucając się dziko w stronę stołu, na którym rozłożono sztućce. Razem z Florianem w ostatniej chwili udaje mi się ją powstrzymać przed zrobieniem czegoś głupiego.

Ale to nic nadzwyczajnego w życiu łajgłożenki. Nie dzieje się tu absolutnie nic dziwnego, cały ten zamęt jest jak najbardziej zrozumiały, wszystko normalka.

Po kolacji Rotarianie zabierają nas na nocleg. Mi trafia się dom o numerze sześć, Ana ma spać z Cariną w dwójce, a Naokiego to w ogóle ciągną gdzieśtam daleko, nie wiadomo gdzie. Czyli na tę jedną niepewną noc musimy się rozstać. Po pożegnaniu wsiadam do samochodu z dziewiątką dziewcząt, które mają zamieszkać ze mną, i odjeżdżamy w kierunku gór. 





Po czasie moim oczom ukazuje się drewniany domek. Mały, niepozorny, taki typowo wiejski, z tym że utrzymany w klimacie azjatyckim, z podwijanym dachem, posągiem Buddy przed frontowymi drzwiami i innymi tego typu bajerami. Najbardziej zaskakujące okazuje się być jednak wnętrze, a konkretnie nasze pokoje; otrzymujemy dwie izby sypialne, jedną cztero- i jedną sześcioosobową, które charakteryzują się tym, że w środku nie ma~ nic. Na podłogach widać maty tatami, na nich leżą materace z poduszkami, a obok stoi samotny wiatrak. Elementem wystroju, który wydaje się być tu najpotężniejszy i nadaje pomieszczeniom złudzenie, że coś tu jednak jest, są wielkie tradycyjne rozsuwane drzwi. To wszystko, dziękuję, thank you, muchas gracias, xiexie, doumo arigatou.

Po szybkim prysznicu rzucam się na swoją część materaca i piszę wiadomość do Any o treści „Nie mamy łóżek!”. Może to i wredne z mojej strony, ale od razu poprawia mi się humor, gdy w odpowiedzi dostaję „My też nie i śpimy na podłodze. No kurde, co za wiocha!”. Śmieję się cicho i przekręcam na bok; ta noc będzie baaaardzo długa. I niewygodna. Czemu więc czuję w sercu dziwne ciepło?

Następnego ranka coś zaczyna się dziać. Rotarianie zabierają nas do części wioski kompletnie pozbawionej jakiejkolwiek cywilizacji. Najbliższy sklepik w odległości dwóch kilometrów, a telewizor to tutaj szczyt luksusu. Mamy się tu zająć~ własnoręcznym robieniem ołówków. Wymieńcy na tę nowinę patrzą po sobie z obrzydzeniem, podczas gdy ja niemal skaczę z podekscytowania. WŁASNY OŁÓWEK, CZUJECIE TO? Rzecz jasna, proceder okazuje się być dużo bardziej skomplikowany, niż by się przypuszczało, ale nadal mam kupę zabawy. Siedzimy sobie w starym składzie, to jest Anakayla, Carina, Naoki i ja. Przed nami bojowe zadanie - wywiercić dziurę w długich na dwadzieścia centymetrów kijach, tak żeby w środku zmieścił się grafit. Po wczorajszej akcji boję się jednak dawać Pani Kolorado cokolwiek ostrego do ręki~








Słońce tego dnia praży, jest ze trzydzieści stopni chyba (a przecież to już październik). Ocieram gorącą ręką pot z czoła, dłubiąc wiertłem w kiju, gdy nagle pada na mnie, a raczej na naszą czwórkę, olbrzymi cień. Unosimy głowy. To Abraham, chłopak z Bermudów, wytrzeszcza gały najpierw na każdą z przedstawicielek płci pięknej, a potem na Pana Japonię. Odczekuje moment i z niedowierzeniem wydyma usta.
 - Proszę proszę, widzę, że mały harem się tu zrobił~ Nie rozumiem tylko jednej rzeczy. Co ty takiego uczyniłeś, stary - tu zwraca się do klęczącego Naokiego, którego ewidentnie dopadła konsternacja, bo oczy niemal wyłażą mu z orbit - że wyrwałeś trzy laski? I to jakie: dwie Ameryki i Mądrą. Polska, tak? Słowo daję, znajdź kolejne trzy, a oddam ci pokłon!
Teraz przenosi wzrok na nas, na dziewczyny. Następuje głęboka cisza; ani ja, ani Carina, ani Anakayla nie wiemy, co powiedzieć. Abraham to zaiste niezwykły przypadek ludzkiego samca. Posiadł zapierającą dech w piersiach umiejętność pokazywania wszystkich swoich śnieżnobiałych zębów nawet wtedy, gdy się nie uśmiecha. Czochra się po włosach i, promieniując energią, unosi kciuk do góry.
 - Cóż, drogie panie, życzę miłego dnia. I pamiętajcie: Bermy all day!
I znika, zostawiając nas w stanie niewątpliwego szoku.

Ale to nic nadzwyczajnego w życiu łajgłożenki. Nie dzieje się tu absolutnie nic dziwnego, cały ten zamęt jest jak najbardziej zrozumiały, wszystko normalka.

Do Tajpej wracamy na wieczór. Wszyscy zachowują się, jak gdyby byli po niezłej bibie, tańczymy, śpiewamy, jakiśtam chłopak robi nawet mini striptiz, ale po prezentacji klatki piersiowej w całej jej okazałości zaczynają interesować się nim Rotarianie i zabawa zostaje brutalnie przerwana. Podsumowanie wycieczki: zaliczyłam kolejną buddyjską świątynię, odklepałam pierwszą medytację, opychałam się mrówkowym ryżem, spróbowałam pięćdziesiąt gatunków herbaty, zrobiłam ołówek i straciłam jedno ze swoich dziewięciu kocich żyć. Całkiem nieźle jak na zaledwie dwa dni. Do domu docieram tak zmęczona, że zapewne wyglądam jak chodzący trup, bo hości od razu wysyłają mnie do łóżka, co jest bardzo dziwne, gdyż oczekiwałam raczej, że zaczną od powitania typu „powiedz, jak było, zabierz ubrania do garderoby, weź prysznic i nie zapomnij tym razem włożyć klapek do WC”. Pełna wdzięczności udaję się do sypialni i padam jak zabita~ Cisza przed burzą. Nazajutrz wychodzi na jaw, czemu zostałam tak łagodnie potraktowana. Okazuje się, że darowali mi specjalnie, gdyż, w trosce o mój chiński, od dzisiaj zamierzają komunikować się ze mnie tylko i wyłącznie po mandaryńsku. Mówią, że jak czegoś nie wychwycę, to powtórzą, a jak dalej nie będę łapać, o co chodzi, to wszystko mi wyjaśnią~ po chińsku, ma się rozumieć. Żebyście mogli pojąć beznadzieję sytuacji, postaram się przybliżyć to Wam najlepiej, jak potrafię. Otóż moje konwersacje z hostami przedstawiają się teraz mniej-więcej tak (uwaga, podaję dramatyczny przykład):
Wesoła rodzinka (po chińsku): Xin-Yan, czego chcesz się napić? Soku czy herbaty?
Le ja: Tak!
Wesoła rodzinka: Soku czy herbaty chcesz? Do picia?
Le ja: Jedna szklanka wystarczy.

Dziesięć punktów dla Gryffindoru!
Kurczę no, zawsze chciałam to powiedzieć, ale nie potrafiłam tego nigdzie wpleść.

Podstawowy minus dwudniowych wycieczek z Rotarianami, które odbywają się tradycyjnie co miesiąc: następnego dnia zaraz po powrocie trzeba iść do szkoły. A z tym wiadomo, jak jest - zmęczenie, bo to trochę tak, jakby się nie miało weekendu. Ale dzielnie próbuję przetrwać. W poniedziałek nic ciekawego się nie dzieje. Wtorek to samo. Na środowej lekcji u Joe zostaję zaproszona przez niego na przedstawienie teatralne pod tytułem „Projekt Laramie”, które odbyć ma się za półtora tygodnia w noc Halloween, w Taipei American Senior High School, a traktuje o osobach homoseksualnych prześladowanych przez społeczeństwo. Pomijając to, że Joe to mój nauczyciel, naprawdę nie dziwię się, że chce zabrać mnie akurat na tego typu sztukę~ Ale szczerze? Z chęcią bym sobie to nawet obejrzała, gdyby nie jeden mały problem.
 - Joe, ile to kosztuje?
 - Coś koło trzystu dolarów, zebrane pieniążki pójdą na niekochane zwierzątka!
Kręcę nosem.
 - To fajnie, naprawdę uwielbiam zwierzęta, ale widzisz, moja karta kredytowa odmawia mi ostatnio posłuszeństwa. Do przyszłej środy zostało mi czterysta dolców. Jeśli większość z tego wydam na teatr, to potem będę musiała głodować!
Joe zanosi się śmiechem, czochrając mnie po starannie ułożonych włosach (no dzięki wielkie!). Czyżby moje tragiczne położenie aż tak go bawiło?
 - Nie martw się, nie dopuszczę do tego! Jako że jesteś special student, postaram się załatwić ci darmową wejściówkę. Tea, ta Australijka~ Mamo, jakie ona ma pyszne imię, aż nabrałem ochoty na herbatkę jaśminową~ W każdym razie ona też idzie! To jak, dasz się przekonać?
Trochę mimowolnie krzywię się na dźwięk słowa „herbatka”, co jest zapewne spowodowane doświadczeniem zdobytym w trakcie ostatniej wycieczki rotariańskiej. Ale wracając do tematu przedstawienia. Nie chcę wyjść na skąpca/zdziercę/osobę wyrachowaną, lecz skoro mam mieć bilet za free~ no to to już inna sprawa. Radośnie przystaję na propozycję.

Październik to autentycznie okres, kiedy moje życie w końcu ulega stabilizacji. Myślę, że powoli przyzwyczajam się do bycia przedstawicielką populacji tajwańskich łajgłożenów. Nie zaniedbuję, oczywiście, odkrywania tajemnic miasta – w Tajpej niemożliwe jest zobaczenie wszystkiego, co niezwykłe, bo tutaj za każdą dziwaczną rzeczą kryje się kolejna, jeszcze bardziej dziwaczna rzecz. Dajmy na to takie Shilin. Jest to dzielnica, która słynie z jednego z najpopularniejszych nocnych targów – Shilin Night Market. Pewnego nudnego dnia znajduję tam restaurację o dość interesującej nazwie, a mianowicie Modern Toilet. Wszystko, łącznie z daniami, krzesłami, stołami, oświetleniem jest tam zrobione na wzór, że to tak kolokwialnie ujmę, kibla. Budzi się we mnie ukryta natura psychopaty~ i ostatecznie wybieram się tam na kolację z grupą znajomych.













W czwartek dwudziestego czwartego wracam sobie jak zwykle grzecznie do domu. Twarz mam wysmarowaną w czerwonej farbie, a w moich włosach widać sztuczną pajęczynę – oto jak klasowicze postanowili uczcić Halloween, które de facto odbędzie się dopiero za tydzień. Mimo to dniem, którego nie mogę doczekać się najbardziej, jest sobota. Przed paroma dniami otrzymałam informację, że Rotex organizuje imprezę dla wszystkich wymieńców! Każdy obowiązkowo ma się przebrać, całą noc będziemy tańczyć, śpiewać i, rzecz jasna, straszyć~ Od początku planowałam, co prawda, cosplayować Luffy’ego z „One Piece”, lecz ostatecznie decyduję się postawić poprzeczkę nieco wyżej i przygotować strój Królowej Kier z „Alicji w Krainie Czarów”. Ciekawe, jaką minę zrobi mój „harem”!

Gwiżdżąc pod nosem, chwytam za klamkę, ściągam w progu buty i wchodzę do apartment. Nie zapowiada się nic podejrzanego; Hunter siedzi w swojej pracowni, z której słychać jedynie dźwięk naciskanych klawiszy komputera. Reina cośtam pichci w kuchni, a Ashley czyta książkę w salonie. Słowo daję, dzień jak co dzień. Jednak w moim życiu najbardziej zaskakujące rzeczy przytrafiają się właśnie w trakcie tego typu z pozoru niewinnych wieczorów. To już czas, żebym owe momenty zaczęła intuicyjnie wyczuwać, wszystko stałoby się wówczas znacznie prostsze.

Wpadam do pokoju i otwieram okno; zapomniałam zrobić to rano i teraz w sypialni jest straszny zaduch. Uroki klimatu zwrotnikowego. Wyciągam z plecaka książki i rzucam je niedbale na biurko; po prysznicu mam zamiar odrobić pracę domową, więc to nie ma znaczenia, jak równiutko ułożę pomoce naukowe. Najważniejsze, żebym nie pogubiła się we własnych notatkach. Chwytam za ręcznik i kieruję się w stronę łazienki. Po dziesięciu minutach, przebrana w piżamę (godzina szósta, ale to szczegół), z ręcznikiem na głowie przechodzę do salonu. I w tym momencie dostaję małego ataku apopleksji; na kanapie, tuż obok czytającej Ashley, siedzi sobie PP Wine, drugi, zaraz po P.Cable (prezydencie), najważniejszy i najbardziej wpływowy Rotarianin mojego dystryktu, i, pochylony nad gazetą, jak gdyby nigdy nic popija herbatkę. Po jego prawej stronie jakaś damulka spogląda w lusterko i smaruje wargi szminką. Hunter i Reina chowają się w drugim końcu pomieszczenia; wyglądają na równie zaskoczonych, co ja. Staję wmurowana i, nie ogarniając sytuacji, w milczeniu gapię się na PP Wine’a do momentu, aż sam raczy podnieść ociężałe powieki znad filiżanki i na mnie spojrzeć.
 - Ni hao a, Xin-Yan! Hao jiu bu jian! (Jak się masz, Xin-Yan! Nie widzieliśmy się przez jakiś czas!)
 - Eee~ bąkam, co by jakoś wypełnić nienaturalnie powstałą ciszę. On pamięta, jak się nazywam? Spotkałam go dwa razy w życiu na konferencjach rotariańskich, nigdy nawet nie doznałam zaszczytu prywatnej rozmowy z nim. – Wo hen hao. Eee~ PP Wine xiansheng, qing deng yixia, wo yao qu hua yifu~ (Eee~ U mnie w porządku. Eee~ Panie PP Wine, proszę chwilę poczekać, pójdę się przebrać~)  
Ledwo to powiedziawszy, jak strzała biegnę do sypialni i głośno zamykam za sobą drzwi. Odwracam się i rozglądam panicznie po pokoju. Serce wali mi jak oszalałe. Olać tajemniczą nieznajomą, co tu robi PP Wine?! Przyjść osobiście i w dodatku tak bez żadnej zapowiedzi~ Jest na to tylko jedno wytłumaczenie – dzieje się coś bardzo niedobrego. Tylko co?! Szybko ubieram jakąś koszulkę i spodenki, po czym otwieram drzwi. Nie ma rady, nie mogę teraz schować głowy w piasek. Starając się wyglądać na maksymalnie wyluzowaną, posyłam staruszkowi i kobiecie szeroki uśmiech. Madame milczy, zaś PP Wine odpowiada skinieniem głowy.
 - Nie martw się, nie będę cię więcej męczyć, przejdźmy na angielski – oświadcza i, wyjąwszy z leżącej u jego stóp teczki notes, zaczyna robić notatki. – „Studentka wita się po mandaryńsku~”. Pewnie nie spodziewałaś się mnie tutaj, co? – pyta, puszczając oko, co pewnie ma poprawić mi samopoczucie, ale przynosi efekt dokładnie odwrotny.
 - No cóż, skłamałabym, gdybym powiedziała, że tak - odrzekam cicho, przegryzając wargę. - Przepraszam, że zapytam, ale mógłby mi pan powiedzieć, jaki jest cel pana wizyty?
 - WŁAŚNIE! – krzyczy na całe gardło Rotarianin, niemal zwalając mnie z nóg. – Poznajcie się, proszę. Erica - Xin-Yan, Xin-Yan - Erica. Twoja nowa konsultantka.
Nieznajoma chowa lusterko i nasze spojrzenia w końcu się spotykają. Na jej bladej twarzy gości delikatny uśmiech. Wygląda sympatycznie, ale, do licha, jaka „nowa konsultantka”?
Głośno chrząkam.
 - Rozumiem, że to ma coś wspólnego z tym, że od miesiąca nie mogę się skontaktować z Nadine? Stało się coś poważnego?
 - Nadine jest w Chinach - mówi Erica głosem tak niesamowicie delikatnym, że zaczynam czuć się dziwnie niekobieco. - Ma jakieś problemy w pracy. Dlatego też od dzisiaj to ze mną będziesz się konsultować. Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy!

Matko święta, co się dzieje w tym dystrykcie.

Po zapoznaniu mnie z Ericą PP Wine przedstawia główny powód swoich niezapowiedzianych odwiedzin. Chce wiedzieć, jak się spełniam jako wymieniec, przypomina mi też o wszystkich zasadach panujących w klubie, gada o celach wymiany, że przyjechałam tu uczyć się chińskiego, a nie spędzić fajne wakacje i tak dalej. Hunterów wypytuje o moje obowiązki domowe, jak często włóczę się z innymi wymieńcami i jak wyglądają moje oceny. W końcu nadchodzi czas na najgorsze.
 - Czy mógłbym zerknąć do twojego pokoju? – pyta z czystej formalności, bo do inspekcji doszłoby zapewne nawet wówczas, gdybym wyraziła sprzeciw. Nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić wielmożnego pana do środka.
Po wkroczeniu do sypialni PP Wine staje oniemiały. Na początku zastanawiam się, czy chce mnie pochwalić, czy może ma jakieś obiekcje i wtedy przypominam sobie, że przecież po całym biurku rozwaliłam książki, kserówki i inne materiały szkolne. Piżama, którą w pośpiechu przed chwilą z siebie zrzuciłam, leży niedbale na łóżku, a samo pomieszczenie nie zdążyło jeszcze wywietrzeć i nadal panuje mocny zaduch. Na półce obok prostownicy widać pustą paczkę po pocky i kartonik po soku. Gorzej być chyba nie może.

Oczywiście dostaję mocną reprymendę i mam obiecać dbać o czystość, albo przysłowiowe won z wymiany. No kurczę, zawsze mam idealny porządek, tylko akurat dzisiaj rozrzuciłam te głupie książki i zapomniałam otworzyć okno! Nie mają się chyba o co czepiać~ Jedyne, co w takiej sytuacji mogę powiedzieć: to wszystko już dawno przestało być normalne, cały ten zamęt jest nie do pojęcia, przytrafiają mi się same tylko dziwne rzeczy.

Ale to nic nadzwyczajnego w życiu łajgłożenki.

***

W kolejnym poście: Trick or treat! Zapraszam.