środa, 29 czerwca 2016

Destination: Slough! Czyli jak pracować w UK na legalu

Witajcie! 

Dzisiejsza notka będzie informacyjno~ doświadczeniowa? (tak się to mówi? chyba nie~)

Anglia jest piękna i pomimo Brexitu i ostatnich głośnych ataków na tle rasowym i narodowościowym całkiem dobrze mi się tu żyje. Cameron zrezygnował z funkcji premiera, na co Cameron, mój kolega z pracy, trochę się podśmiewuje, że nigdy nie lubił swojego imienia, na co wszyscy wokół buchają gromkim śmiechem (nota bene, to fakt, że brytyjski humor jest dziwny; praktycznie nigdy go nie rozumiem). 

W każdym razie - w ostatnich dniach udałam się do Slough. Była to rzecz konieczna, ponieważ jako osoba pracująca w UK muszę odprowadzać podatki. Żeby się to działo w sposób kontrolowany, muszę posiadać numer rejestracyjny znany tutaj jako national insurance number (nin). Przyznam, że dzwoniąc pod numer aplikacyjny, który wzięłam sobie z internetu (bo jakże inaczej?), nie spodziewałam się, że zaproszą mnie na wywiad następnego dnia z samego ranka. I to do tego w punkcie w Slough. Oznaczało to dla mnie tyle, że po raz kolejny musiałam wsadzić zadek w pociąg i pojechać do całkiem obcego miasta (z przesiadką, ugh!). Martwiłam się, że się zgubię, że nie zdążę i jakieś inne durnoty, głównie ze względu na swoje wcześniejsze nie do końca pozytywne doświadczenie, jednak nic takiego ostatecznie nie miało miejsca. Chyba dlatego, że się przede wszystkim przygotowałam psychicznie. 

Do Slough dojechałam w godzinę. Podróż jak to podróż, głównie spoglądałam za okno, podziwiając krajobraz. A jest on tu piękny. Miasteczka zbudowane w sposób bardzo tradycyjny, domki niemal jak ze średniowiecza, wszystko bardzo klimatycznie - zupełnie inaczej niż w Polsce. Tutaj czuć ducha tradycji i wielkiej kultury. Chcę w tym momencie dodać, że absolutnie nie pragnę umniejszyć Polsce, no ale jej, angielska architektura, zwłaszcza niewielkich miasteczek, naprawdę robi wrażenie.

O godzinie jedenastej dojechałam jednak do Slough i tak oto cały czar prysł.

Miasteczko w ogóle nie wyglądało, jakby było osadzone w Europie. Już sam język na ulicy dał mi dużo do myślenia; otóż, angielskiego nie było słychać nic a nic! W gwarze języków ze wszystkich stron świata rozpoznałam kantoński, hinduski i arabski, ale było ich znacznie więcej. Mieszkańcy stworzyli tutaj coś na kształt gett i tak oto w jednej części miasteczka mieszkają Azjaci, głównie Hindusi i Chińczycy, z pootwieranymi sklepami azjatyckimi i całą swoją azjatycką azjatyckością, w drugiej części zaś kobiety chodzą w hidżabach (a nawet burkach!) w grupkach po kilka osób albo pod okiem mężczyzn. No jakiś totalny armagedon. Mimo to, największy szok dopiero był przede mną.

Lekko oszołomiona kontrastem między moim Henley a Slough udało mi się za pomocą GPS dojść do Job Centre, gdzie miało się odbyć moje interview. I nie zgadniecie, co. Cała masa obcokrajowców oblegająca Job Centre, również zgłaszająca się do wywiadu. A kto królował? Kolorowi i~ Polacy. Tak - Polacy. Było mi naprawdę dziwnie i czułam się nieswojo, niemal jak jakiś wyrzutek. Przede mną w kolejce stała sobie pani z facetem i dzieckiem, oboje z Polski, próbując zrozumieć, co mówi do nich urzędniczka. A mówiła, że mają się na wywiad udać na piętro. Niestety, para ni w ząb nie pojmowała nic, więc przyszłam z pomocą i tłumaczeniem. Potem przyszła kolej na mnie i, naturalnie, pokierowano mną w ten sam sposób, jednak coś mi się przewróciło w żołądku, kiedy za mną historyjka z brakiem zrozumienia słów urzędniczki powtórzyła się, tym razem z jakimś czarnoskórym mężczyzną. 

"Nikt tu ze starających się o nin nie umie dogadać się po angielsku" - jedyna rzecz, jaka przebiegała mi cały czas przez myśl.

Wywiad poszedł gładko i sprawnie. Co mnie śmieszyło, to to, że nawet urzędnicy zdawali się nie być Brytyjczykami. Łatwo to rozpoznać po akcencie. Zapytano mnie o moją pracę, pracodawcę, adres zamieszkania~ Po czym zostałam wypuszczona i powiedziano mi, że swojego nina otrzymam w ciągu czterech tygodni.

Otrzymałam po tygodniu, jednak dalej nie mogę się otrząsnąć z tego, co zobaczyłam w Slough. Byłam na tyle oszołomiona, że zrobiłam niestety tylko dwa zdjęcia - czego bardzo żałuję, ale już trudno. Owe dwa zdjęcia:




Dr Pepper oraz polski sklep "Mleczko", w którym go kupiłam. Pozwolę sobie w tym momencie poruszyć dwie sprawy. Pierwsza: słowa nie opiszą, jak wiele jest tu polskich sklepów! Na każdym rogu, na każdej ulicy coś się znajdzie. Dosyć interesujące było to, że zostałam obsłużona w 100% w języku polskim, ponieważ pracownicy sklepu na angielski przerzucali się tylko wtedy, kiedy naprawdę nie szło się dogadać z klientem po polsku.

Na własne oczy widziałam. I trochę mnie to przeraziło.

Druga sprawa jest trochę weselsza, bo HEJ!!! Mój ukochany Dr Pepper doczekał się wersji light! <3 I mimo że ten tutaj na zdjęciu smakował jak pasta do zębów, to poprawił mi humor na cały dzień. Proszę zwrócić uwagę na przewspaniały napis "diet". Otóż, moi drodzy, Anglicy uparcie na każdym produkcie light zamiast owego "light" piszą "diet". Tutaj kolejne zdjęcie, zrobione przeze mnie w Kotwicy (barze, w którym pracuję):



Czyż to nie jest po prostu piękne? Serduszko moje raduje się zwłaszcza wtedy, kiedy wchodzi sobie taki klient do baru i mega poważnym głosem i, oczywiście, z oksordzkim akcentem, prosi mnie o "daj keuk". Właśnie w taki sposób Brytyjczycy wymawiają "diet coke".

Zdecydowanie coś pięknego.

A propos mojej pracy w barze! Pochwalę się, że nauczyłam się w końcu robić kawę, o! Jako barmanka jestem zobowiązana do znajomości nie tylko tutejszych piw i miksowania drinków (koszmar, mówię wam, zrobię kiedyś osobną notkę na ten temat), ale również do poprawnego przyrządzania kaw. A serwujemy espresso, klasyczne cappuccino i latte. Znaczy się~ W Kotwicy serwujemy więcej, ale jeszcze nie poproszono mnie o nic innego, więc pozostańmy z espresso, cappuccino i latte. Generalnie największym złem jest LATTE! To jest ten rodzaj kawy, który zwyczajnie nie chce z tobą współpracować i albo uda ci się ją poprawnie zaparzyć, albo też nie (najczęściej nie). Moja pierwsza próba wyglądała tak:



Rzecz jasna, chyba nie muszę mówić, że nie została ona nikomu sprzedana.

Kolejne podejścia były jednak coraz lepsze i teraz moje latte prezentuje się mniej-więcej tak:


No, idealnie jeszcze nie jest, ale wierzę, że z każdym kolejnym razem będzie lepiej.

To wszystko na dziś :) Szalone przygody Aleksandry, proper reactivation, mode on! 

Ekhem, ekhem.

Proper? Hmm. Zobaczymy, jak bardzo to wszystko będzie wyglądać proper, kiedy opiszę wam w następnej notce swoje nieudolne próby udawania bycia barmanką. I wyglądania przy tym cool, oczywiście.

Pozdrawiam wszystkich łajgłożenów! I forejnersów też!
~Aleksandra Ziemniewska

sobota, 18 czerwca 2016

Dlaczego przyjechałam do UK

"Muszę wrócić do Azji, MUSZĘ!" - z taką myślą szukałam zawzięcie pracy granicą. Oczywiście przez internet, bo jakżeby inaczej? Plan - wyjechać gdzieś na jeden rok, najlepiej jakiegoś bogatego kraju europejskiego, zarobić na dalszą naukę na wschodzie. Kasa i zagraniczny experience, innymi słowy dwie pieczenie na jednym ogniu.

Tak znalazłam Henley. Miasteczko nad Tamizą, według najnowszego spisu liczące szesnaście tysięcy mieszkańców - czyli klasyczne el zadupię. Bar Pod Kotwicą, landlordowi spodobało się moje CV i to, że umiem cośtam po chińsku. Dostałam ofertę mieszkania i jedzenia za darmo, czyli praca typowo live-in, do tego stawka godzinowa w porównaniu do polskiego rynku bardzo atrakcyjna (tutaj szybkie pozdro dla obecnego rządu, dzięki któremu znacząco osłabiła nam się pozycja polskiej waluty!). Spakowałam się, pojechałam, przyjechałam - i tak oto jestem w Henley.

Praca na barze jest niby banalna, ale wiąże się z wieloma różnymi emocjami. Przede wszystkim, jest to praca high pace, czyli niekiedy pracujesz niemal jak robot (prawdziwe zwłaszcza w trakcie weekendu). W spokojniejsze dni masz czas rozmyślać nad swoim życiem, polerując kieliszki do wina i wyglądając przy tym cool, chyba że akurat zagadał cię jeden z klientów. A dzieje się to nagminnie! Ludzie są generalnie ciekawi, skąd jesteś i co robisz w Henley. Od bardzo wielu osób dowiedziałam się, że mam francuski akcent (nie) i ogólnie prezentuję się na Francuzkę (2x nie), co osiągnęło szczyt w momencie, kiedy pewnego dnia podchodzący pod sześćdziesiątkę staruszek zawołał do mnie jakimś kompletnie niezrozumiałym zdaniem, co potem okazało się być próbą zamówienia w języku francuskim kieliszka Sauvignon blanc.

Z kolei innego dnia zostałam posądzona o kryminał, kiedy klientka siedząca samotnie naprzeciwko baru przywołała mnie palcem. Podeszłam zatem tylko po to, żeby dostać długi wykład na temat zasad zatrudniania osób niepełnoletnich w Wielkiej Brytanii, co zostało skwitowane poważnym pytaniem "ile masz lat?". Naturalnie, odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że dwadzieścia. "Och, mój Boże! A wyglądasz na piętnaście...".

Także tego, klienci są zabawni, zwłaszcza ci regularni. Są to głównie mężczyźni, tacy typowi Janusze, którzy przychodzą po pracy zawsze do tego samego baru, żeby zamówić dokładnie tego samego drinka. Przykładem niech będzie Leon - chłopak Pauliny, jednej z tutejszych barmanek. Paulina jest Polką i pracuje dorywczo raz w tygodniu. Jest jeszcze jedna dziewczyna z Polski, Justyna - head waitress i head barmaid, czyli generalnie szefowa nas wszystkich. Jest jednak bardzo miła i pomocna, powiedziałabym nawet, że mega słodka i urocza. Dosłownie nigdy nie widziałam, żeby była o coś zła albo zrobiła niezadowoloną minę, a jestem tu już od dwóch tygodni. Poza nią jest jeszcze Veronica, Czeszka, Hayley, typowa Brytyjka, oraz Mrs B - matka mojego landlorda, pomagająca od czasu do czasu w barze i podglądająca, czy poprawnie wykonujemy swoje obowiązki.

Z chłopakami jest bardzo fajna sprawa, bo są w moim wieku. Ben i Cameron, obydwoje Anglicy, obydwoje part-timerzy, ale widzę ich niemal codziennie. Cameron to straszny introwertyk i czasem naprawdę ciężko zmusić go do rozmowy, mimo że jest uroczy i bardzo dobrze wychowany i błyskotliwy, z kolei Ben uwielbia być w centrum uwagi i zawsze ma jakieś zwalone pomysły, krótko mówiąc - nie da się z nim nudzić. Na kuchni pracuje wspaniały kucharz, Jonathan. Spędził piętnaście lat we Francji i bardzo poważnie potraktował mój weganizm! Tak, to on dla mnie gotuje każdego dnia, a pomaga mu Bart, zangielszczony chłopak z Polski, dwa lata starszy ode mnie, mieszka tu od dziecka.

Oto moja załoga. Dużo Polaków, nie sądzicie? A raczej dużo osób z Europy Wschodniej. Powiedziano mi, że zajęłam miejsce Violetty, dziewczyny z Litwy, która popracowała tu miesiąc, po czym stwierdziła, że życie jest zbyt krótkie, by je marnować na barze w takiej dziurze jak Henley (czyli rzuciła pracę, bo była leniwa i nic jej się nie chciało).

Mam nadzieję, ze tak się jednak ze mną nie stanie! Henley jest super, bardzo mi się tu podoba i planuję tu zostać około dziewięciu miesięcy.

W następnej notce opiszę swoją przygodę w Slough i wyjaśnię, czym jest national insurance number, którego potrzebuje każdy, kto chce się podjąć pracy w Wielkiej Brytanii.

Dziękuję, że jesteście ze mną :)
Aleksandra Ziemniewska

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Reaktywacja, nowe plany, nowe wojaże

G'day, mates!

Jak obiecałam - powracam. Po takim kawale nieodzywania się stwierdziłam, że nadeszła idealna pora na reaktywację bloga. Idealna, bo oczywiście po maturze wywiało mnie z kraju. Dokąd?

Henley-on-Thames to miasteczko z 10 500 mieszkańców w Oxfordshire w Anglii. Dostałam pracę barmanki. Skąd taki pomysł na życie?

Pozwólcie, że w tym momencie przekopiuję swój status fejsbukowy sprzed tygodnia:



"Cześć, ludziki. Niektórzy z was wiedzą o moich szalonych planach i studiach w Azji, które niestety kosztują, więc postanowiłam na parę miesięcy pojechać do UK trochę na nie zarobić (+ oczywiście pozwiedzać  ).
Znalazłam pracę w Henley nad Tamizą. Niezłe zadupie, bo tylko 10 500 mieszkańców, ale całkiem niedaleko od Londynu. Praca na barze, mieszkanie za darmo, jedzenie w pracy za darmo, spoko stawka, generalnie myślałam, że uda mi się sporo odłożyć na dalszą naukę. Kupiłam bilet lotniczy do Luton (ceny do Heathrow zwaliły mnie z nóg), obczaiłam w necie dojazd pociągiem - 33 funciaki z Luton do Henley, okej, jest spoko. Przyszedł wyczekiwany 4 czerwca, no to pojechała do Warszawy, wsiadła w samolot i FRUUU! do UK.
W Luton powitała mnie typowa angielska pogoda. Wiatr i deszcz. Nie szkodzi! Luton jest jedynie 80 kilometrów od Henley, więc szybciutko i bez problemów dojadę, myślałam. Ach, ja naiwna.
Pierwsza rzecz: z lotniska na dworzec musiałam wziąc shuttle bus. Znalezienie go zajęło mi godzinę, a wcześniej miałam problem z kupieniem biletu na niego, bo, jak się okazało, wszyscy tam płacą kartą (a ja nie mam nawet jeszcze konta w banku...). Dojechała w końcu na dworzec, poszła szukać okienka, kupiła bilet, poszła na peron, spojrzała na bilet... Nic o peronie. Nic o odjeździe. NIC. Na ekraniku na peronie żadnego info o Henley. Zdziwiona, wróciłam do informacji.
Co się okazało? Nie ma bezpośredniego połączenia do Henley. Musiałam zrobić sobie przeprawę z CZTEREMA przesiadkami. Ale to nic, jestem optymistką, myślałam sobie. Muszę w tym momencie zaznaczyć, że Anglicy są niewiarygodnie mili i bardzo pomocni. Cały czas proponowano mi pomoc z bagażem, sami pracownicy dworca też bez żadnego zarzutu, prowadzono mnie praktycznie za rękę i cały czas przepraszano za wszystko. Odbyłam też dosyć interesującą rozmowę z kobietą z ochrony:
- Pierwszy raz w Luton?
- Pierwszy raz w Anglii.
*śmiech* - Przywykniesz!

Do czego to się miało odnosić?
Pierwsze poważne problemy pojawiły się, kiedy musiałam zmienić pociąg. Dostałam wydrukowaną rozpiskę z informacjami, gdzie i dokąd muszę się przesiąść, niestety ponownie nikt nie pomyślał o wskazaniu peronu. Dworce oczywiście wielkie, nie wiem, ile obiegałam się tego dnia do punktów informacji, ale nogi bolały mnie niemiłosiernie. Przy drugiej przesiadce wyszło na jaw, że "railway" to dla Anglików nie tylko pociągi, ale też METRO. Dokładnie - przez calutką godzinę jechałam metrem. Z bagażami. Plus jest taki, że przynajmniej doświadczyłam słynnego King's Cross.
Do Henley dojechałam na dwunastą. Znalezienie baru nie było problemem. Weszłam nieśmiało do środka, na barze były dwie dziewczyny (jak się potem okazało - Polka i Czeszka) oraz chłopak. Wytłumaczyłam, kim jestem, co spotkało się z wielką falą radości. Zostałam powitana niemal jak członek rodziny. "Czekaliśmy na ciebie, zobaczysz, że pokochasz Henley". No miło było mi strasznie. Pokazano mi też mój pokój - jak się okazało, mieszkam na piętrze, tuż nad barem. Ktoś kiedyś mieszkał w miejscu pracy?
Myślałam, że odpocznę, ale nic z tego. O 17 rzucono mnie na głęboką wodę - tj. postawiono za bar. Bariści tu mają zasadę, że ubierają się całkiem na czarno, nie wolno nam też przyjmować drinków od klientów. Ach, to był szalony dzień. Przede wszystkim - DUŻO NAUKI! Do tej pory tylko odwiedzałam bary, a teraz mam okazję poznać wszystko od środka. Jeśli myślicie, że bariści, tak jak to przedstawiają w filmach, poza nalewaniem drinków zajmują się głównie wysłuchiwaniem historyjek i życiowych problemów klientów, to z wielkim bólem serca muszę was uświadomić - macie rację. Henley jest małe, tu każdy się zna, a bar ma wielu stałych klientów. Szybko zauważono, że pojawił się ktoś "z zewnątrz". Moje nowe ksywki: "New face" i "Sweet glasses". Tak, chyba zostaję zapamiętana głównie ze względu na moje wielkie okulary.
Pierwszego dnia rozbiłam trzy kieliszki i generalnie chyba bardziej przeszkadzałam niż pracowałam. Mam dużo do nauczenia się. Nie tylko nazw wszystkich alkoholi i drinków, ale też, w jaki sposób je mieszać i w czym podawać (w czym innym podaje się czerwone wina, w czym innym białe, etc.). Muszę też kojarzyć stałych klientów i bez pytania ich wiedzieć, w jaki sposób lubią mieć podawane drinki. Czy z limonką, cytrynką, niemieszane... To ponoć bardzo ważne. Najwięcej uczę się od koleżanki Polki, ale też sporo od Camerona (19-letniego Anglika). Generalnie atmosfera jest bardzo przyjemna, chociaż cały czas mylą mi się nazwy alkoholi, a szczególnie WIN, BO SĄ PO FRANCUSKU.
Zdaje się, że to będzie bardzo wesołe parę miesięcy."


Generalnie tak, mam na siebie pomysł. Konkretnie w Anglii planuję spędzić dziewięć mięsięcy na standardowym zarobku, może po paru miesiącach przeniosę się gdzieś z Henley (może do Londynu?), ale na razie pracuję właśnie tutaj. Nie zapomniałam jednak o Azji! W przyszłym roku mam zamiar wyjechać na dwa lata do Japonii: na naukę języka i kultury. Może i potem studiów? Kto wie, kto wie. Jedno jest pewne, nie jestem już dłużej zwykłą Polką. Mimo prób rodziny i znajomych przywrócenia mnie do statusu sprzed wyjazdu, Tajwan nigdy nie opuścił mojego serca i, prawdę mówiąc, nie chcę, by opuścił. Wymiana sprzed trzech lat wywarła wpływ najprawdopodobniej na całe moje życie. I właśnie dlatego zdecydowałam się zbić wszystko, by do Azji powrócić, nawet jeśli wiąże się to z tymczasową emigracją na wyspy.


Ale żeby nie było! W Henley jest cudownie. Mieszkam tu od tygodnia, miasteczko typowo brytyjskie, powiedziałabym, że też trochę "tradycyjne", zwłaszcza pod względem architektury.









Mieszkańcy też powitali mie bardzo ciepło. Atmosfera miasteczka mocno rodzinna i na razie wyjątkowo mi tutaj dobrze. Ludzie z teamu z baru też cudowni. Generalnie mam wrażenie, jakbym w tym momencie wygrała coś bardzo ważnego. Jeszcze nie jestem pewna, co, ale tak czy siak wychodzi na plus!

Notki będą się pojawiać raz na dwa tygodnie. Będę opisywać swoje doświadczenia z Brytyjczykami oraz zdradzę trochę tajemnic z pracy na barze (hihi). W poczekalni mam jeszcze dalej trzy niedokończone notki z Tajwanu, wierzę, że kiedyś ujrzą światło dzienne, dlatego proszę, zostańcie ze mną.

Pozdrowionka!
Aleksandra Ziemniewska